W literaturze sensacyjnej poruszam się najpewniej – wywiad z Katarzyną Gołdą – pisarką, autorką powieści „Złoty spadochron”

Fot. Julita Pająk. Na zdjęciu Katarzyna Gołda.

– Już niedługo – 11 marca br. będzie miała miejsce premiera Twojej debiutanckiej powieści „Złoty spadochron”. Co czujesz przed tak ważnym dla Ciebie wydarzeniem?

– Pierwsze uczucie to podekscytowanie, że nareszcie debiutuję. Drugie niepewność, jak czytelnicy i czytelniczki odbiorą książkę. Jest też we mnie wdzięczność, że spotyka mnie tak wiele życzliwości ze strony różnych osób i środowisk.

– Jeżeli brać pod uwagę teksty, których jesteś autorką, to raczej chyba nie jest Twój debiut? Myślę, że nie tylko ja kojarzę Ciebie jako autorkę opowiadań, nie mówiąc już o Twoich świetnych recenzjach teatralnych.

– Zgodnie z definicją za debiutantów uznaje się osoby, które nie wydały jeszcze samodzielnej książki z numerem ISBN – nawet jeśli mają na koncie publikacje w antologiach czy czasopismach. W moim przypadku to wciąż prawda. Napisałam kilkadziesiąt opowiadań oraz recenzji teatralnych i książkowych, ale formalnie nadal jestem debiutantką. Brzmi to trochę przewrotnie, lecz tak właśnie wygląda rzeczywistość wydawnicza. Ma to jednak swoje dobre strony. Od ponad dekady obserwuję rynek i uczestniczę w nim na różne sposoby, dzięki czemu czuję się w nim swobodnie, wiem, na czym stoję i jakie są moje mocne strony.

– Czy i na ile mogłabyś przybliżyć czytelnikom „Mojej Przestrzeni Kultury” fabułę swojej powieści. Nie ukrywam, że moją uwagę przykuła głośna w czasach PRL afera „Żelazo”, która zapewne jest jej tłem?

– Powtórzę za Wydawnictwem Literackim: „Ewa, rozwiedziona matka dwójki dzieci, natrafia na zwłoki. Zszokowana odkrywa, że zna martwego mężczyznę, choć pod innym imieniem niż to, które widnieje w znalezionych przy nim dokumentach. Wolałaby, żeby nikt nie dowiedział się, jakie relacje łączyły ją z denatem. Nie wie, że właśnie znalazła się w samym środku wydarzeń, gdzie każdy nierozważny ruch może ją kosztować życie.

»Złoty spadochron« to realistyczny thriller ukazujący mechanizmy zamkniętego świata służb, pełnego manipulacji, złożonych powiązań i nieprzewidywalnych sojuszy. Świata, w którym z dnia na dzień przyjaciele mogą stać się wrogami, a pozory mylą równie często, co ukryte intencje”.

Od siebie dodam, że to przede wszystkim opowieść o ambicji i zdradzie, o potrzebie ochrony najbliższych, nawet jeśli ceną jest własna wolność albo życie. To historia o tym, jak jedna decyzja potrafi uruchomić lawinę konsekwencji, które dotykają nie tylko nas, lecz także całe nasze otoczenie.

Chciałam też pokazać, że praca w służbach specjalnych to nie filmowy fajerwerk, lecz wymagająca, często wyniszczająca codzienność. W służbach pracują zwyczajni ludzie, zmagający się z bardzo zwykłymi, a czasem przytłaczająco trudnymi problemami. I choć świat, w którym funkcjonują, bywa bezwzględny, nawet z najgorszych tarapatów można znaleźć wyjście. Albo przynajmniej próbować je znaleźć.

Afera „Żelazo” była dla mnie punktem wyjścia. Usłyszałam o niej kilkanaście lat temu od Adama, kolegi z pracy, i od tamtej pory wracała do mnie co jakiś czas. Przetwarzałam ją, obracałam w głowie, aż w końcu znalazłam sposób, by przenieść na karty powieści i znaleźć spoiwo z teraźniejszością.

– Czy doświadczenie z pracy w kontrwywiadzie wpłynęło na sposób budowania napięcia i wiarygodność świata przedstawionego w Twojej powieści?

– To chyba oczywiste, że tak. Doświadczenie zawodowe bardzo mocno wpłynęło zarówno na sposób budowania napięcia, jak i na wiarygodność świata przedstawionego. W miarę możliwości oddałam realia hermetycznego środowiska służb specjalnych: jego rytm, język, dynamikę relacji, starając się jednocześnie unikać filmowych uproszczeń.

Zależało mi, by fabuła była atrakcyjna dla czytelników, ale jednocześnie zakorzeniona w prawdzie o tym świecie, o jego niejednoznaczności, o presji, o konsekwencjach podejmowanych działań, które rzadko są widowiskowe. Myślę, że to właśnie zawodowe doświadczenie pozwoliło mi zbudować historię, która jest nie tylko sensacyjna, lecz także autentyczna.

– Czy jak byśmy wysilili wyobraźnię, to czy jesteś w stanie sobie ujrzeć  przeniesienie Twojej powieści na kinowy ekran? Jak bardzo realistyczny obraz służb chciałaś pokazać – bliższy dokumentowi czy popkulturze?

– Przyznam, że wcale nie muszę wysilać wyobraźni. Już teraz widzę „Złoty spadochron” na ekranach kin. Historia ma filmowy klimat, jest dynamiczna, pełna napięcia, a osadzenie jej w kontekście afery „Żelazo” dodaje autentyczności. Zadbałam o wyraziste postacie, starałam się, by nie były sztampowe i zapadły w pamięć.

Jeśli chodzi o realizm, zależało mi na czymś pomiędzy dokumentem a popkulturą. W książce jest sporo prawdy o codzienności służb: o ich hermetyczności, o mozolnej, metodycznej pracy, która rzadko wygląda tak efektownie, jak w filmach akcji. Jednocześnie thriller rządzi się swoimi prawami. Akcja musi być skondensowana, emocjonująca, a stawka odczuwalna. Starałam się połączyć te dwa światy. Zachować wiarygodność, ale nie rezygnować z tempa i dramaturgii.

– Do kogo adresujesz swoją powieść? Czy uprawnionym jest stwierdzenie, że skoro w Twojej książce pojawiają się służby specjalne, to jest to powieść bardziej dla mężczyzn?

– Książkę polecam każdemu, kto lubi rozwiązywać zagadki, szukać tropów, ale też zatrzymać się i poświęcić chwilę na refleksję o kondycji współczesnego człowieka i o tym, jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić w imię wartości i dla bliskich. Myślę, że szczególnie spodoba się osobom, które rozumieją, że świat ma co najmniej kilka odcieni szarości, a moralne wybory innych trudno oceniać z bezpiecznego dystansu.

Jej nastrój dobrze oddają słowa Wisławy Szymborskiej: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Ja sprawdzam moich bohaterów i bohaterki. Poddaję ich próbom, obserwuję, jak reagują, jak upadają i jak się podnoszą. Czasem zostają na ziemi, bez szansy na drugi start. W takich momentach rodzi się we mnie współczucie, zrozumienie, ale też niezgoda na niektóre ich decyzje.

W tym wszystkim płeć czytelnika naprawdę schodzi na drugi plan. To nie jest powieść „bardziej dla mężczyzn”, mimo że pojawiają się w niej służby specjalne. To opowieść dla każdego, kto lubi historie o ludziach wystawionych na próbę – i o tym, co się w nich wtedy ujawnia.

– Czy będzie audiobook i czy powstanie słuchowisko radiowe?

– Tak, trwają właśnie prace nad audiobookiem. Spełnia się jedno z moich największych marzeń związanych z tą książką. Aktor, o którym myślałam, tworząc postać O’Hary, przyjął zaproszenie i to on przeczyta „Złoty spadochron”. To dla mnie ogromne wyróżnienie.

Jeśli chodzi o słuchowisko radiowe, na ten moment nie ma takich planów. Jestem jednak otwarta na propozycje rozgłośni, które chciałyby podjąć się takiego projektu.

– Patrząc w perspektywie długofalowej, czy nastawiasz się na bycie pisarką literatury sensacyjnej?

– Świat służb to moje naturalne środowisko, dlatego właśnie w literaturze sensacyjnej poruszam się najpewniej i najprecyzyjniej.

Czy to oznacza, że zostanę przy tym gatunku na zawsze? Niekoniecznie. Mam w sobie ciekawość i gotowość, by kiedyś zrobić ukłon w stronę innych form i konwencji. Na razie jednak czuję, że mam jeszcze sporo do opowiedzenia o ludziach, którzy pracują w cieniu, podejmują trudne decyzje i żyją w świecie, gdzie informacje są najdroższą walutą.

– W czym poza pisaniem, co czynisz wyśmienicie, znajdujesz spełnienie i wewnętrzną harmonię?

– Dziękuję za komplement. Z ust osoby tak oczytanej jak Ty brzmi on szczególnie miło. Mam trzy równorzędne pasje: teatr, ogrodnictwo i eksperymenty z wypiekami bez dodatku cukru. Lubię brudzić ręce ziemią i mąką. Zaczęłam piec, żeby rozładować stres po pracy. Teatr z kolei pozwala mi zanurzyć się w innym świecie, a ogród uczy cierpliwości i uważności.

– Czy masz pomysł na kolejną powieść? No i – skoro stajesz się powieściopisarką z krwi i kości, to czy czytelnicy nie będą już mogli przeczytać chociażby Twoich świetnych recenzji teatralnych?

– Mam pomysły na cztery powieści. Nad dwiema już pracuję, a pozostałe cierpliwie czekają na swoją kolej. Na brak wyobraźni nie narzekam. W połączeniu z doświadczeniem życiowym i zawodowym tworzy to mieszankę, z której, używając metafory cukierniczej, może powstać smakowity, wielowarstwowy tort.

Teatru na pewno nie porzucę. Dzięki niemu wzruszam się, śmieję i odzyskuję równowagę, więc jeśli tylko czas pozwoli, nadal będę recenzować spektakle. To dla mnie ogromna przyjemność. Zresztą jedna ze scen drugiej powieści rozgrywa się w Teatrze Współczesnym, moim ulubionym miejscu na teatralnej mapie stolicy.

Mam też pomysł na kolejnego bohatera – ekscentrycznego miłośnika teatru. Może kogoś Ci przypomina.

– Bardzo dziękuję za rozmowę, trzymam mocno kciuki i życzę powodzenia…

– Dziękuję.

Rozmawiał:
JAROSŁAW HEBEL