WARSZAWSKI: Ojca się nie wybiera

Grafika – J.H.

Dobrze zapamiętał, jak ojciec siedział naprzeciwko niego w kuchni. Był zapijaczony, miał nieogoloną twarz i potwornie od niego śmierdziało, jak od osiedlowego żula. Dawno musiał się nie kąpać; nie prał, nie dbał o higienę osobistą. Wódka stała się dla niego priorytetem.

– Kiedyś zrozumiesz… – wybełkotał.

Był już na równi pochyłej. Mówił, zapluty, śmierdzący i czasami obrzygany, że nie będzie płacił alimentów na jednego czy drugiego gnoja. Musiał jednak za coś pić. Był pijany codziennie. Pijany, obsikany. Czasami z natłuczonym limem pod okiem przez kolegów od kieliszka.

Gdy Adaś był w trzeciej klasie, ojciec w pijackim amoku pobił matkę wyjętymi z wazonu drucianymi gerberami. Był za mały, żeby pomóc mamie. Próbował ojca odciągnąć, jednocześnie zanosząc się płaczem. Łzy leciały mu po policzkach. Później, gdy dorósł, nie pozwolił podnosić na nią ręki. Był jak ten jej osobisty ochroniarz.

– Mamo, on już nigdy ciebie nie uderzy – kiedyś jej powiedział. – Nienawidzę go… i nie pozwolę, żeby on bił moją mamę.

Ile nocy nie przespał wraz z siostrą i matką, gdy ojciec wracał pijany, siadał w kuchni i sam do siebie gadał. Tak aż do białego rana. Drżał cały, jak ojciec beształ ludzi, których widział w pijackich majakach. Ostrzył nóż kuchenny i niektórych z nich chciał zarżnąć. Gdy matka dzwoniła po milicję, czasami uciekał… Gdy nie zdążył i milicjanci go dorwali, trafiał na izbę wytrzeźwień. Później wracał – najczęściej zalany, brudny i śmierdzący.

Gdy w końcu doszło do wykonania wyroku eksmisyjnego, poczuł ulgę. Chociaż to był jego ojciec, nie tęsknił za nim. Kiedyś, gdy przyszedł nawalony jak stodoła, powiedział mu: „Jesteś pierdolonym ślepakiem, którego należało wyskrobać”. Nie tolerował tego, że jego jedyny syn nosił okulary. Początkowo bolało go to i zanosił się płaczem, kiedy słyszał takie słowa od ojca.

Gdy ojciec zmarł, nie potrafił być smutny. Miał problem. Nie wiedział, czy powinien iść na jego pogrzeb. Ojciec został pochowany na Cmentarzu Północnym na Wólce Węglowej. Jakiś typ spod ciemnej gwiazdy wsadził mu kosę pod żebra przed nocnym sklepem monopolowym.

Przełamał się i poszedł. W końcu dał mu życie, tak sobie to tłumaczył. Siostra go pochowała – ją zawsze faworyzował. Na pogrzebie prawie nikogo nie było, oprócz niego, siostry, jego szwagra i kilku sąsiadów. Nie przyszła nawet Jolka, która chlała razem z nim. Była uważana za jego ostatnią partnerkę. Żadnemu nie odmawiała seksu za pieniądze. „Szljucha” – mówił o niej stary, przygarbiony sąsiad ojca.

– Wódka zawładnęła jego życiem – powiedział jeden z sąsiadów.

– Mógł mieć wszystko, gdy wyjeżdżał na placówki jeszcze w czasach komuny – dodał inny.

– Popłynęło… – ktoś dorzucił.

– Niech mu ziemia lekką będzie… Racz mu odpuścić, Panie, na wieczne zmiłowanie – zaintonował chudy, nieogolony mężczyzna. Inni powtórzyli razem z nim jeszcze dwa razy.

Gdy kiedyś zabrał go i jego siostrę na wycieczkę do Choszczówki, pokazywał im miejsca, w których pił z kolegami. Zawsze wracał z grzybobrania zalany w trupa. Przywoził z dwie siatki sitaków… Padał zalany na łóżko i usypiał.

Mówił, że ich kocha. Zawsze jednak wybierał alkohol. Był jaki był. „Ojca się nie wybiera” – ktoś mu kiedyś powiedział. Ale jego nawiedzają teraz traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa. Mówi, że sam nigdy nie zostanie ojcem. Nie chce. „No bo co, jak byłbym taki sam jak mój ojciec? Umierałbym z poczuciem, że skrzywdziłem własne dziecko, które powinienem kochać i nauczyć je kochać”. Często takie rozterki nim targały. Zawsze wolał szybki i przygodny seks od stałego związku z kobietą, która mogłaby być matką ich wspólnych dzieci.

W kościele w czasie mszy żałobnej ksiądz mówił o przebaczeniu i ojcowskiej miłości. Słuchał i patrzył na swoje dłonie. Zacisnął je tak mocno, że aż zbielały. „Na mnie to się kończy” – pomyślał. Pierwszy raz w życiu nie była to myśl zrodzona ze strachu, tylko z wyboru.

Stał przed wykopanym dołem, do którego cmentarni tragarze wolno spuszczali trumnę. Zadarł głowę, spojrzał w zachmurzone niebo: „Kurwa, ojciec, przez ciebie nigdy nie będę ojcem” – wymamrotał pod nosem.

Miał teraz dobrze płatną posadę. Był kimś. Wszyscy się z nim liczyli. Szanowali go. Nie mógł narzekać na zarobki. „Ale czy życie sprowadza się wyłącznie do dóbr doczesnych?” – w jego umyśle tłukło się to pytanie z kazania wygłoszonego na mszy żałobnej.

Człowiek przez całe życie może nie znaleźć dobrego miejsca na ziemi. Dlatego powinien mieć kogoś, kto znalazłby mu chociaż dobre miejsce w ziemi.

JÓZEF WARSZAWSKI