WALCZAK: O buncie… czyli ruch, ciało i język

Fot. Pixabay.com

Słyszałam kiedyś, że tylko grzeczne dziewczynki idą do nieba, a dobrymi chęciami wybrukowano piekło. Podobno.

W ten sposób, z kulturowym przymrużeniem oka, negujemy hedonizm, a wszelkie „dewiacje” wrzucamy do jednego mentalnego worka zaszytego negatywnymi łatkami. Przecież odmienność jest zła, a tabu należy chować pod spódnicę. Prawda? Jak niewybrzmiała dorosłość w „Blaszanym bębenku” Güntera Grassa. Byle tylko nie pachniało tam zjełczałym masłem sumienia.

Podobno nie można też uprawiać onanizmu, choć współczesność – na szczęście – nie posuwa się już do radykalnych osądów z dawnych lat i usprawiedliwia „ręczne robótki”. Jakże radosne i rozkoszne manualnie. A Onan? Tu mała dygresja: biedak stał się ikoną aktu, którego wcale nie popełnił. Biblia mówi jedno, antropologia drugie, a popkultura swoje. Cóż, przynajmniej pozostał na kartach historii. I to całkiem sugestywnie.

W erotyce i pornografii również powinna obowiązywać równowaga, choćby przez wzgląd na ich powszechną dostępność i społeczne oddziaływanie. Wiadomo jednak, że „Polak potrafi”, a stosowane bariery i filtry sieciowe to tylko lukrowana ułuda. Klik, potwierdź dojrzałość i… chłoń. Ograniczenia są oczywiście zasadne, ale nie zmienia to faktu, że irytują. Zupełnie jakbyśmy mieli nadmiar tlenu w płucach i nie mogli go właściwie wykorzystać.

Bunt tworzony przez normy społeczne i moralne można z powodzeniem przekierować w twórczość. Taką, która skupia się na relacji pomiędzy ciałem, ruchem i językiem, metaforycznym threesome. Każde z tych ogniw daje ogromne możliwości, ograniczone jedynie przez wyobraźnię. Gdy dorzucić jeszcze energię jako siłę sprawczą i stymulator, efekt nabiera realnego kształtu: w kinie, literaturze, malarstwie czy kulturze fizycznej. Trochę przypomina to przesłanie filmu „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”; wolność myślenia ma swoją cenę, a bunt nie zawsze wygrywa… ale inicjuje zmianę. I kolejne zasady, które napędzają nowe pytania.

Jak to właściwie jest z tymi zasadami: można je naginać, czy nie wypada? Zarówno w przestrzeni sztuki, jak i życia codziennego. Czy to rozsądne zerkać Mojrom w twarz i negować chorobę w ciele, kiedy logika stawia skrajną diagnozę? To wszystko tworzy spójną, choć trudną do zrozumienia symbiozę.

Ruch i fizyczność to katalizatory emocji oraz wewnętrznych dysocjacji. Wiedzieli o tym Grecy, a historia pokazała, że macierz kultury ukołysała nas w tym temacie na dobre. Wiemy zatem i my. Wciąż poszukujemy nowych form afirmacji swoich potrzeb lub doskonalimy te, do których mamy predyspozycje. Ciało potrafi być niesamowicie plastyczne i – przy zdrowej współpracy z psychiką – poszerzać fizyczne ograniczenia.

Wielu z nas biega. Powiedziałabym nawet, że uprawia pewnego rodzaju prywatny masochizm, ale to kwestia polemiczna. Osoby dotknięte chorobą alkoholową często zostawiają na trasie procenty, złamane serca cerują rozerwane arterie, a autoimmunologiczne schorzenia zaprzeczają teoriom. Wspomnę też o wysmuklonym ciele i poprawionej wydolności krążeniowo-oddechowej. Każdy miłośnik joggingu, niczym grecki maratończyk, znajdzie tu coś dla siebie.

Takie ujęcie buntu przeciwko ograniczeniom kultura szanuje. Ciałopozytywność jest dziś modna jak wyprzedaże last minute: wszyscy chcą, mało kto rozumie. W sumie trudno się do niej przyczepić, nawet malkontenci mieliby problem z odszukaniem jej ciemnej strony mocy. Chyba że przypadkowy biegacz sapnie nam ciężko w ucho podczas treningu… Aktywny „lord jogger” w technicznych spodenkach. Wiadomo jednak, że nadmiar prowadzi do pychy, a to już jeden z grzechów głównych. Sapać należy więc rozsądnie.

Haruki Murakami opisuje myśli biegacza jako status quo – sferę, w której nicość daje zalążek spokoju i świeżej perspektywy. Dzięki niej zyskujemy zdrowy dystans, a wreszcie wskazówkę do odszukania tego, czego wszyscy poszukujemy: szczęścia. Oczywiście każdy postrzega tę przestrzeń inaczej: jedni liczą kilometry, inni mijane słupki, a jeszcze inni lajki pod postami w mediach społecznościowych. Nie zmienia to faktu, że w ten sposób afirmujemy ruch jako coś pozytywnego, na przekór bodźcom, które nas stymulują.

W podobny sposób działa taniec i seks. Jedno z drugim jest powiązane. I tu znowu wkracza moralna metka, drażniąc pod kołnierzykiem: jak daleko można pójść, by w twórczym zapale nie przekroczyć tego, co właściwe? I czym to „coś” właściwie jest?

Michalina Wisłocka, znana seksuolożka lat 70. XX w., tłumaczyła, że kluczem do satysfakcji w sferze fizyczności jest bliskość. Fakt, a nie namiastka relacji uzurpowana przez komunikatory. Obecność, dotyk i bezpośredni kontakt pozbawiony filtrów. Gdzie istnieje zaangażowanie, tam rodzi się zrozumienie, a wraz z nim wspólny rytm w tańcu czy miłosnym akcie. Czasami jednak granice narzucone przez wychowanie pękają pod wpływem chwili, pożądania. I wtedy powstaje ambaras… Bunt ciała, serca i umysłu przeciwko hamulcom. Bunt, w którym na sztorc stają nie tylko słowa.

Trójkąty od zawsze stwarzały problemy, być może dlatego literatura klasyczna tak chętnie po nie sięgała. Tołstoj nie darował Annie zgubnych namiętności, a Madame Bovary nie spiła towarzyskiej śmietanki. Pomimo tego relacja: ruch – ciało – język aż prosi się o trzeci składnik. Oczywiście nie zmieszany z literackim arszenikiem.

Język daje ogromne możliwości komunikacyjne. Jest odporny na upływ czasu, dopełnia symbole i jako abstrakcja kreuje codzienność. To również niesamowity afrodyzjak, który potrafi solidnie namieszać. I co kluczowe – w kontekście naszych rozważań – często afirmuje bunt przeciwko zakazom.

Przykładowo: czy maila, metaforycznie, można „ssać”, o ile adresat nas interesuje? Albo czy cielesność w obrazach i filmach tłumaczy fizyczną odpowiedź organizmu? Przecież temu to służy: pobudzeniu. Aktywizacji prawej półkuli mózgu odpowiedzialnej za emocje, również za pożądanie. W kulturze to prymarne, tak samo jak popęd, którego nie sposób w pełni chemicznie kontrolować. Można założyć maski, odwołać się do lojalności i sumienia, ale to już temat dla antropologii. Miałaby tu wiele ciekawych historii do opowiedzenia.

Bunt w ruchu, ciele i języku nie jest destrukcją, lecz twórczą energią pozwalającą przekraczać narzucone granice i kreować coś własnego. To część naszego człowieczeństwa. Pewnego rodzaju rutyna wpisana w linearność życia; metaforyczny rzep, który często się do nas przyczepia. Tytułowe threesome pokazuje, że może nie warto zrywać go z agresją, tylko złapać inaczej: pod włos, na sztorc. A potem przekierować w twórczy kreacjonizm. Coś, co pozostawi po sobie trwały ślad w sztuce. W jej towarzystwie zawsze raźniej, a eksperymenty dają satysfakcję.

A to przecież dopiero początek. Z tej poligamii może powstać coś naprawdę wyjątkowego. Wystarczy tylko spróbować… i trochę się zbuntować.

AGNIESZKA WALCZAK