HEBEL: Bolesna lekcja

Fot. Maciej Krüger. Na zdjęciu Adam Ferency w spektaklu „Ostatnia lekcja”.

Wybrałem się do Teatru Ateneum, żeby zobaczyć na jego deskach mistrza sztuki aktorskiej, za jakiego uważam Adama Ferencego. Aktor w spektaklu „Ostatnia lekcja” w reż. Grzegorza Damięckiego wystąpił gościnnie. Mimo to warto było zobaczyć, z jaką swobodą wcielił się w rolę profesora i dawnego nauczyciela swoich uczniów. Aktor tej klasy nie musi szczególnie się wysilać, by zabłysnąć na scenie. Jego obecność niczym magnes przyciąga spojrzenia zasiadającej na widowni publiczności. Wszyscy są w niego wpatrzeni, więc oczekują, co powie i jaki wykona gest.

Nikogo nie powinno dziwić, że kameralna widownia Sceny 61 była wypełniona po brzegi. Nie trzeba dodawać, że Teatr Ateneum utrzymuje poziom dobrej marki na teatralnej mapie Warszawy. Dodatkowo obecność Adama Ferencego na scenie z pewnością zachęca do obejrzenia spektaklu wyreżyserowanego przez Grzegorza Damięckiego. Samo nazwisko reżysera, bardziej znanego jako znakomitego aktora, także przekonuje do wybrania się do Ateneum na „Ostatnią lekcję”.

Spektakl nie opowiada jedynie o relacjach byłego nauczyciela z uczniami. Maria Gustowska – autorka sztuki – znacznie szerzej spogląda na młodych ludzi. Były profesor zaprosił ich na spotkanie. To czworo dwudziestoparolatków, których łączy jedynie znajomość z liceum. Widzimy pośród nich Sylwię (Karolina Charkiewicz), która pracuje w korporacji. Żyje sama dla siebie, uprawia przygodny seks i ma świadomość, że jej kariera układa się pomyślnie, dopóki nie znajdzie się ktoś od niej zdolniejszy i młodszy, kto pozbawiłby ją dobrze płatnego stanowiska. W liceum była związana z Kamilem (Paweł Gasztold-Wierzbicki), który po rozstaniu z nią eksperymentował z alkoholem i narkotykami. Nawrócił się jednak i znalazł swoje miejsce w seminarium duchownym. Z kolei Majka (Maria Witkowska) w szkole średniej była pośmiewiskiem, z powodu nadwagi i nieukrywania lesbijskich preferencji seksualnych. Teraz mieszka w Berlinie ze swoją partnerką, krytykuje monogamię i patriarchat. Jest szczęśliwa, żyjąc z dnia na dzień. Ostatni z czwórki bohaterów to Konrad (Jakub Pruski), diler w czasach licealnych. Teraz jest kibolem, ale próbuje być dobrym ojcem.

Wszyscy zagrali znakomicie i doskonale wczuli się w postacie, w role których obsadził ich reżyser. Pruski jednak jest aktorem, który najpełniej oddał wnętrze granego przez siebie bohatera. To taki typowy cwaniak, blokers, często chodzący w dresowej bluzie z kapturem. Nie identyfikuję się z granym przez niego kibolem, ale podziwiam, jak przekonująco aktor oddał psychikę człowieka z nizin społecznych.

Bohaterów tak wiele dzieli, że nie wydaje się możliwe, by mogli znaleźć wspólny język. Często dochodzi pomiędzy nimi do zgrzytów światopoglądowych. Niektóre z ich wzajemnych docinków śmieszą publiczność, jednocześnie pokazując nam ludzi z zupełnie różnych światów. Można zadawać sobie pytanie, czy kibol jest w stanie zrozumieć „lesbę”, a ona z kolei patrzeć na przyszłego księdza bez cienia wrogości? Poruszyło mnie, jak prowadząca dość egoistyczny tryb życia Sylwia wyznała, że zazdrości bohaterowi granemu przez Pruskiego bycia ojcem. To bohaterka, która – jak większość ludzi – tęskni za tym, czego nie posiada.

Autorka sztuki i reżyser nie moralizują. Pokazują jedynie, jak bardzo się różnimy, a jednocześnie jesteśmy skazani na życie na tym samym świecie. Niby jest to banał, a jednak często o tym zapominamy. Niektórzy z nas dla uzasadnienia własnych wyborów dorabiają sobie wielkie idee – wiary w Boga, chęci życia w wolności, konieczności poruszania się w stadzie, robienia kariery ponad wszystko itd. Najbardziej uderzyła mnie scena rozmowy Kamila z Sylwią. Gdy cała scena jest zaciemniona, stoją oni pod ścianą i tylko na nich pada okrągły snop światła. Bohaterowie żyją na przeciwległych biegunach światopoglądowych. Reżyser podkreśla to prostym zabiegiem i w ten sposób metaforycznie pokazuje skrajność ich wyborów.

To jest dobry spektakl, który w skali od jeden do pięciu oceniłbym na cztery z bardzo  dużym plusem. Mówiąc najkrócej, jego mocną stroną jest próba skłonienia widzów do refleksji nad życiem. Szczególnie można popaść w zadumę, gdy grany przez Ferencego profesor recytuje fragment „Pana Cogito” Herberta o marszu ku doskonałości. Z wielką uwagą słuchałem, jak to bohaterowi tego utworu do buta wpadł mały kamyk. Umiejscowił się w skarpetce pod piętą i był przyczyną wielkiego bólu. Kierując się rozsądkiem, można było wyjąć kamień, ale powołując się na stoickie „umiłowanie losu” – należało zaakceptować cierpienie.

Końcówka przedstawienia skłoniła mnie do głębokiej refleksji, że nierozsądnym jest trzymanie się heroicznych zasad. Jak bowiem twierdzi Herbert, fizyczne doświadczenia, nawet najdrobniejsze, potrafią zniszczyć wielkie idee.

Co ciekawe – dobry spektakl często nie wymaga znakomitej i powalającej scenografii. Chociaż tej tutaj nie było, to podejrzewam, że żadnemu z widzów to nie przeszkadzało. Mocne przesłanie, które zapada w pamięć, bywa na wagę złota. Myślę, że nawet o najbardziej przepysznej dekoracji nikt dłużej niż przez kilka dni nie będzie pamiętać. Prostota scenografii jest zresztą uzasadniona i bardzo wymowna. Podkreśla kiepską kondycję współczesnego człowieka, żyjącego w poczuciu otaczającej go pustki.

JAROSŁAW HEBEL

 


Teatr Ateneum w Warszawie (Scena 61) – Maria Gustowska, „Ostatnia lekcja”. Reżyseria – Grzegorz Damięcki. Scenografia – Olga Michaluk. Występują – Adam Ferency, Natalia Stachyra/ Karolina Charkiewicz, Maria Witkowska, Paweł Gasztold-Wierzbicki, Jakub Pruski.
Spektakl trwa: 80 min. (bez przerwy).