STOJAK: Jazz

Słowo „jazz” ma dla mnie wymiar niemal magiczny. Przywołuje muzykę niedopowiedzianą, jakby wciąż wydobywaną z najgłębszych pokładów zmysłów i emocji. Aż po stan euforii, która niekiedy kończy się łzami. To wirtuozeria instrumentalna spleciona z egzotyką i echem rozmaitych tradycji – amerykańskich, afrykańskich, ludowych. Wszystko to stapia się w jedną, niepowtarzalną całość, zdolną poruszyć najczulsze struny wrażliwości.
Jazz jest jednocześnie awangardą i uniwersalizmem – spójnością ukrytą w wielości. To muzyka pozornie niezsynchronizowanych dźwięków, które jednak tworzą sensowny, pulsujący organizm. Można przy niej tańczyć, można jej tylko słuchać, ale nigdy nie pozostaje się wobec niej obojętnym. Jest zjawiskiem estetyczno-emocjonalnym, którego siła tkwi w ciekawym paradoksie – prostota splata się tu z niepojętą złożonością. A to, co jasne, prowadzi ku temu, co nieoczywiste. Słuchajcie jazzu!
Wszystko zaczęło się od Basi, mojej serdecznej koleżanki. To jej opowieść – o miłości i jazzie w tle – sprawiła, że ta muzyka nagle ożyła w mojej wyobraźni. Dwoje ludzi, przypadek i wieczór, który nie zapowiadał niczego szczególnego.
Znaleźli się na wielkiej sali tanecznej statku przycumowanego u szczecińskiego nabrzeża. Byli zmęczeni, szukali tylko miejsca do snu. I wtedy usłyszeli wyraźny dźwięk trąbki – soczysty, niemal namacalny. Na zewnątrz mrok, rozgwieżdżone niebo i srebrny księżyc. W środku oni, spleceni w powolnym, nasyconym zmysłowością tańcu.
Niedługo potem natknęłam się w bibliotece na książkę, która jakby mnie przywoływała. Wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Bo jazz to przecież nie tylko Ella Fitzgerald czy Louis Armstrong. To niezliczona plejada artystów ze świata, który wabi i zachwyca.
Czytałam zachłannie. Leopold Tyrmand w „U brzegów jazzu” prowadzi czytelnika przez przestrzenie zachwytu, analizując fenomen tej muzyki z pasją i wrażliwością. Jazz jawi się tam jednocześnie jako przeszłość i teraźniejszość. To muzyka podwórek i salonów, improwizowana opowieść miejskich wspólnot, głos przybyłych do miast Afroamerykanów. To także ludzie, którzy kochają jazz niemal tak, jak kochają siebie. Kto wie, czy może nawet nie bardziej.
I nagle, gdzieś około dziesiątej strony, pojawił się przede mną obraz.
Rok 2008. Spotkanie po latach rozłąki, w myśliwskim pałacyku na obrzeżach dużego miasta. Dwoje ludzi, którzy niemal nie śpią, bo szkoda im czasu. Bo tyle jest do opowiedzenia, tyle wspomnień i zwierzeń domaga się wypowiedzenia.
Za dnia wychodziliśmy na spacery, wsłuchując się w rytm lasu – w stukanie dzięcioła i śpiew ptaków. Okolica była jak z obrazu.
Zima tamtego roku przypominała misterny haft: białe drzewa i krzewy na lnianym tle, dachy i chodniki pokryte miękką warstwą śniegu. Biel nie była czysta – raczej mleczna, stapiająca się z popołudniową szarością. Otulała wszystko, także nas zakochanych bez reszty.
Przedzieraliśmy się przez las. Drzewa, obciążone śniegiem, przypominały przysadziste, wiejskie kobiety otulone pierzynami. Śnieg spadał z gałęzi przy najmniejszym dotknięciu – czasem na nasze głowy lub na uciekającego zająca. Szliśmy przez zaspy bez lęku, jakby świat należał tylko do nas.
W końcu dotarliśmy do miasta. Szukaliśmy miejsca, gdzie można by coś zjeść. Ulice zdawały się puste. Szliśmy dalej, trzymając się za ręce, co chwilę zatrzymując się w spojrzeniach.
I wtedy pojawił się dom, jakby wyrosły spod ziemi. Drzwi były uchylone, a w oknach paliło się ciepłe, żółte światło. Nie było szyldu. Trzy stopnie prowadziły do nieznanego wnętrza. W tle sączyła się muzyka.
W środku świat z innej epoki. Lata 50., wczesny modernizm: elegancja i prostota. Czerwone fotele na smukłych, metalowych nogach, geometryczne żyrandole zawieszone nisko nad stolikami, lampki rzucające miękkie, żółte światło. Wszystko zanurzone w atmosferze spokoju.
I ten gęsty, ciepły jazz – obecny w powietrzu. Nie chciałam stamtąd wychodzić. Jadłam powoli, niemal celebrując każdy kęs, byle tylko przedłużyć tę chwilę. On – tak samo.
Może właśnie o to chodzi w jazzie…
MIROSŁAWA STOJAK






