SZYMCZAK: Nie każdy człowiek musi być zły?

Stare polskie przysłowie mówi: „Kuj żelazo, póki gorące”. Działaj szybko, wykorzystuj sytuację i czas, zanim przeminą. Katarzyna Gołda doskonale wyczuła taki właśnie moment, w którym rozbłysła niczym gwiazda na nocnym niebie, debiutując powieścią pt. „Złoty spadochron”. Jestem przekonana, że była oficer służb specjalnych już na stałe wpisała się w poczet autorów literatury sensacyjnej.

Kiedy wzięłam do rąk powyższą pozycję, na skrzydełku tylnej okładki znalazłam wyjaśnienie terminu tytułu. Złoty spadochron oznacza rekompensatę dla osób zatrudnionych na wysokich stanowiskach w sytuacji, kiedy je tracą. Czy na takie świadczenie może liczyć każdy pracownik służb specjalnych? Czy każdy powinien być czujny wobec współpracowników i przełożonych?

Katarzyna Gołda stworzyła powieść sensacyjną opartą w dużej mierze na realiach pracy w służbach specjalnych. Nie spodziewałam się akcji w stylu Jamesa Bonda, czy choćby rodzimego Hansa Klossa, ale miałam ciut nadziei, że będzie trochę jak w filmie szpiegowskim… Tymczasem spotkałam się z szarą rzeczywistością: papierologią, raportami, tonami akt oraz ich archiwizacją. Jednym słowem – praca w służbach to nie film, który ogląda się z wypiekami na twarzy i zawzięcie kibicuje bohaterom. Oczywiście, jestem wdzięczna autorce za to, że pozbawiła mnie złudzeń i w perfekcyjny sposób przedstawiła światek Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Podczas czytania zabolało mnie ograniczenie wolności pracowników tej instytucji. Z jednej strony gonią za sukcesem, są sprzedajni, nie unikają szantażu, z drugiej zaś – podlegają zakazom, rozkazom i są w pełni posłuszni. Jak długo można żyć w takim tyglu? Poświęcać swoje idee i niezależność dla kilku tysięcy złotych więcej od przeciętnego, krajowego wynagrodzenia? Czy warto dla pozycji, stołka, premii. czy wysokiej emerytury udawać kogoś, kim się nie jest? Jak długo można funkcjonować wśród przyjaciół, znajomych, ukrywając przed nimi prawdę o sobie i swojej pracy? Trzeba mieć albo stalowe nerwy, albo bezwarunkowo ufać systemowi.

Nie bez powodu na początku wspomniałam o lśniącym metalu, bowiem Katarzyna Gołda pisząc „Złoty spadochron”, zainspirowała się słynną w drugiej połowie XX wieku operacją o kryptonimie „Żelazo”. Związani z nią bracia Janoszowie, w zamian za bezkarność i udział w łupach, zajmowali się przestępczością na wielką skalę w krajach Zachodniej Europy. Rabowali na zlecenie wysokich funkcjonariuszy ówczesnych władz złoto, pieniądze, auta, dzieła sztuki. Fanty pochodzące z rabunków miały stanowić wsparcie finansowe dla działalności wywiadu PRL, ale – jak to zazwyczaj bywa – sporo z nich trafiło w prywatne ręce.

Autorka bardzo ciekawie i intrygująco poprowadziła temat „Żelaza”, wplatając go w treść powieści. Według mnie jest to najbardziej emocjonujący wątek w książce. Bohaterowie sukcesywnie odkrywają kolejne puzzle układanki sprzed lat, a każdy z tych elementów jest na wagę złota. Najcenniejszy zaś (nie wyjawię, czym jest!) przyczynił się do śmierci niejednej osoby.

Warte uwagi są osobowości wykreowanych przez pisarkę postaci. Żadna z nich nie może poszczycić się nieposzlakowanym charakterem. Tu każdy jest w coś uwikłany, mniej lub bardziej, a wartości i normy etyczne, którymi człowiek powinien kierować się w życiu, są mocno wypaczone. Jeśli czytelnik będzie szukał bohatera bez skazy, kryształowego i godnego zaufania, nie znajdzie go w „Złotym spadochronie”.

Zazwyczaj, biorąc książkę do ręki, liczę na to, że będę kibicować ulubionej postaci. W powieści Katarzyny Gołdy nie znalazłam nikogo, z kim mogłabym sympatyzować, komu mogłabym zawierzyć i z kogo mogłabym wziąć przykład. Tu każdy ma rysę, czasem płytszą, a nieraz głęboką jak Rów Mariański. Żaden z bohaterów nie był wart mojego (i chyba nie tylko) zaufania. Ich chłodne, bezkompromisowe działania wywołały we mnie proporcjonalnie oziębły odbiór. Wyciągnęłam z tego jedyny, możliwie racjonalny wniosek. Każda z postaci występujących w książce stała się nietuzinkową i niepowtarzalną kreacją. Autorka, daleka od schematów literackich i filmowych, stworzyła bohaterów boleśnie prawdziwych. Nie każdy czytelnik ich polubi.

Z niecierpliwością będę oczekiwać kontynuacji „Złotego spadochronu”, licząc na to, że kolejne afery, nie tylko z podwórka przestępczego marginesu, znajdą miejsce w polskiej literaturze. Jestem pewna, że Katarzyna Gołda pokona wysoko zawieszoną przez siebie poprzeczkę, a każda jej kolejna powieść przyniesie czytelnikom sporo emocji podczas zagłębiania się w zawiłe meandry działań służb specjalnych. Gratuluję Katarzynie Gołdzie wspaniałego debiutu, który przerósł moje oczekiwania. Polskim reżyserom zaś podpowiem, że „Złoty spadochron” stanowi dobry materiał do napisania scenariusza filmowego.

IZABELA SZYMCZAK


Katarzyna Gołda, „Złoty spadochron”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026.