HEBEL: Wielki talent bez sumienia

Trudno jest obecnie kupić w księgarni jakąkolwiek książkę Andrzeja Brychta, niegdyś bardzo utalentowanego pisarza, porównywanego nieomal do Marka Hłaski. Można odnieść wrażenie, jakby jego postać i twórczość otaczał mrok zapomnienia. Brycht chyba przynajmniej częściowo na to zasłużył swoimi nietrafionymi wyborami, które pod względem moralnym dyskredytują go zarówno jako pisarza, jak i człowieka.
W filmie dokumentalnym z cyklu „Errata do biografii” krytyk literacki Krzysztof Masłoń podkreślał, że „To był świetny prozaik, postać legendarna”[1]. Wysoko ceniono jego wiersze, a opowiadania uważano za wybitne. W opinii niektórych przerósł talentem Marka Hłaskę. Pisał głównie o życiu, które doskonale znał z autopsji. Pokazywał ulice zaludnione przez ferajnę i doskonale posługiwał się potocznym slangiem. Wielu krytyków zauważało, że potrafił zbudować obraz rozpalający wyobraźnię, dzięki dysponowaniu wielkim talentem i operowaniu słowem w sposób nieomylny.
Wielką popularność przyniósł mu tom opowiadań „Suche”, jak i tomik poetycki „Czas bez Marii”. Gdy był przyjmowany do Związku Literatów Polskich, legitymację wręczał mu osobiście Jarosław Iwaszkiewicz. Był laureatem prestiżowej nagrody Fundacji im. Kościelskich, którą otrzymał jednocześnie ze Sławomirem Mrożkiem. Był typem pisarza, który „Nie odrzucał żadnego zlecenia, które mogło mu przynieść pieniądze. Nie było dla niego barier politycznych czy obyczajowych, liczył się tylko zarobek”[2]. Nie jest tajemnicą, że obok alkoholu odczuwał również wielką słabość do płci pięknej, co przyczyniło się do rozpadu jego małżeństwa.
W „Erracie do biografii” Wojciech Giełżyński powiedział o Brychcie: „Niektórzy mówią o nim, że był jakiś taki gburowaty, chamowaty. Nieprawda. On był bardzo wrażliwy, natomiast pozował zawsze na twardego człowieka – na twardego, mocnego mężczyznę. I rzeczywiście lubił czasem dać komuś w mordę”[3]. Ernest Bryll podkreślał zaś, że Brycht był „bujnie prymitywny”[4]. W PRL-u poruszał się najlepszymi samochodami, jak np. używany Citroen BL-11, BMW 2600 czy nowy (sic!) Alfa Romeo, na który przydział dostał z puli premiera Józefa Cyrankiewicza.
Związał się z dwutygodnikiem „Współczesność”, który tworzyli młodzi, rozwrzeszczeni i często awanturujący się po knajpach twórcy. Roman Śliwonik, wypowiadając się o Andrzeju Brychcie, zaznaczał, że „On wiele rzeczy naprawdę mógł zrobić dla pieniędzy. Taki był – zdolny i gotów na wszystko”[5]. Nikt nie neguje jego wielkiego talentu literackiego. Być może jednak nie pamiętał, bądź też nie chciał wiedzieć, że nie wszystko jest na sprzedaż. I to go najwyraźniej zgubiło.
Dla Brychta jego popularność miała również swoje złe strony, gdyż pisarz bardzo źle znosił krytykę. Znany jest fakt, że „[…] na wspólnym spotkaniu ze Śliwonikiem i Stanisławem Grochowiakiem pobił mężczyznę, a kilka lat później złamał szczękę pewnemu studentowi, który zarzucił mu brak oryginalności w twórczości”[6]. To prawda, że trafiał do więzienia, ale po interwencjach swoich kolegów „po piórze” z reguły dość szybko wychodził na wolność.
Ogromny rozgłos przyniosło mu wydanie „Dancingu w kwaterze Hitlera”, które miało siedem wydań zaledwie w ciągu kilku lat. Prawa do sfilmowania utworu zakupiono niemal od razu, co musiało cieszyć autora. Z tego utworu Brychta zadowolone były jednak przede wszystkim władze PRL, ponieważ zawierał wyraźne akcenty antyniemieckie, wpisujące się w politykę ekipy Władysława Gomułki.
Dużą popularność przyniósł Brychtowi „Raport z Monachium”, w którym autor ukazał RFN jako kraj ludzi pałających żądzą zemsty za przegraną wojnę i odebranie im Śląska oraz Pomorza. W tym utworze wszyscy Niemcy byli neohitlerowcami. Opierał rzeczywistość na tym, że trzeba nienawidzić. Tekst był mocno antyniemiecki i mieszał faszyzm z niemieckością. Książka miała trzy wydania w ciągu dwóch lat, trafiła nawet do kanonu lektur szkolnych (sic!), a aktor Ryszard Filipski zaadaptował ją na potrzeby swojego teatru Eref-66 i objeżdżał cały kraj z przedstawieniami.
Jeszcze przed opublikowaniem „Raportu z Monachium” środowiska emigracyjne porównywały Brychta do Aleksandra Sołżenicyna czy Alberta Camusa. Z entuzjazmem mówiono w Radiu Wolna Europa czy paryskiej „Kulturze” o „Dancingu w kwaterze Hitlera” jako o dziele pisarza z wybitnym talentem.
Ciekawe, co zdecydowało, że zgodził się współpracować ze Służbą Bezpieczeństwa? Miał przecież wszystko, o czym niejeden – nie tylko w PRL-u – mógłby pomarzyć. Początkowo był dla esbeków jedynie kontaktem operacyjnym, ale szybko został tajnym współpracownikiem o pseudonimie „Gerard”. Gdy w Radiu Wolna Europa pojawiały się krytyczne audycje, poprosił Służbę Bezpieczeństwa o dostęp do taśm z nasłuchu. Zaczął rozpracowywać i identyfikować swoich oponentów. Przy okazji współpracy z SB załatwiał osobiste porachunki i donosił na ludzi, którzy krytykowali go podczas spotkań autorskich.
Dużym zaskoczeniem musiało być dla władz PRL, gdy Brycht poprosił o azyl polityczny w Belgii. Wybuchł wręcz skandal. Wtedy zaczęły ukazywać się pierwsze krytyczne teksty o autorze „Dancingu w kwaterze Hitlera”. Jeden z nich napisał Jerzy Urban, późniejszy rzecznik prasowy za czasów ekipy gen. Jaruzelskiego. Można przypuszczać, że Brychtowi zaczął palić się grunt pod nogami. Był on człowiekiem Moczara, który odszedł, a przyszedł Gierek. Ścigały go również sprawy o charakterze chuligańsko-kryminalnym z jego niechlubnej przeszłości. Na przykład „pobił jedną tłumaczkę, starszą panią, w Oborach. Mało tego – nie tylko bił, ale też świnił potwornie ludziom. Miał także wiele spraw o zniesławienie”[7].
Uznawany przez jakiś czas w Polsce pisarz na Zachodzie zaczął swoją karierę zawodową od „posady bramkarza w klubie ze striptizerkami”[8]. Po zdobyciu zawodowego prawa jazdy pracował jako kierowca autobusu, a także wykonywał wiele innych zajęć fizycznych. W wolnym czasie usiłował pisać, ale nie odniósł już sukcesu. Po opublikowaniu „Raportu z Monachium” nie był wiarygodny dla środowisk emigracyjnych; próbował swoich sił, pisząc „Azyl polityczny”, w którym krytykował środowiska Radia Wolna Europa i paryskiej „Kultury”. Zachorował na nieuleczalny rodzaj szpiczaka mnogiego i zmarł w samotności w ciężkich bólach w Kanadzie. Został pochowany na obczyźnie w zapomnieniu.
Brycht to postać niejednoznaczna – zmarnowany talent, który w wolnej Polsce, gdzie często przyjeżdżał (na stałe osiadł w Kanadzie), jeszcze próbował zaistnieć jako pisarz. W połowie lat 80. XX w. napisał „Opowieści z tranzytu”, później „Instynkt mordercy” i powieść „Sandra”, reklamowaną jako kryminał, a w rzeczywistości książkę półpornograficzną. Jak zauważyła Joanna Siedlecka: „Pozbawiony mecenasów, tego lansu – on był lansowany straszliwie – nie napisał nic. Oprócz talentu potrzebny jest mózg, a przede wszystkim jakieś sumienie, które potrafi ten talent prowadzić, dokonywać dobrych wyborów. On tego nie miał. Nie może pisarzem być ktoś, kto idzie po trupach, bo te trupy dopadają”[9]. Z drugiej strony Roman Śliwonik stwierdził, że Brycht „Mógł napisać wszystko i o wszystkim, zależało to tylko od ceny”[10]. Takie zestawienie opinii pokazuje, że ocena jego twórczości i możliwości pozostaje otwarta i zależy od przyjętej perspektywy. Jest również faktem, że Brycht mógł stać się legendą na miarę Marka Hłaski. Jednak wybrał drogę, która zaprowadziła go w otchłań niebytu.
JAROSŁAW HEBEL
PRZYPISY:
[1] Krzysztof Masłoń w filmie „Errata do biografii – Andrzej Brycht” (2008) w reż. Zbigniewa Kowalskiego i Aleksandry Gruziel.
[2] Sławomir Koper, „»Jak ktoś leżał, to on musiał kopać« – ciemna strona Andrzeja Brychta”, https://wiadomosci.wp.pl [dostęp dnia: 30.04.2015].
[3] Wojciech Giełżyński w filmie „Errata do biografii – Andrzej Brycht”, dz. cyt.
[4] Ernest Bryll, tamże.
[5] Roman Śliwonik, tamże.
[6] Sławomir Koper, „»Jak ktoś leżał, to on musiał kopać« – ciemna strona Andrzeja Brychta”, dz. cyt.
[7] Joanna Siedlecka w filmie „Errata do biografii – Andrzej Brycht”, dz. cyt.
[8] Sławomir Koper, „»Jak ktoś leżał, to on musiał kopać« – ciemna strona Andrzeja Brychta”, dz. cyt.
[9] Joanna Siedlecka w filmie „Errata do biografii – Andrzej Brycht”, dz. cyt.
[10] Roman Śliwonik, „Portrety z bufetem w tle”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2002, s. 182.






