NOWAK-SZELEJEWSKA: Bluszcz

Mamusia trafiła do szpitala niespodziewanie. Zaczęło się niewinnie, od kilkudniowego bólu kręgosłupa, a potem głowy. Bólu nie uśmierzały żadne tabletki i w końcu, zrezygnowana, udała się na szpitalny oddział ratunkowy, gdzie bardzo szybko wykryto sztywność karku i zlecono tomografię głowy, a następnie punkcję lędźwiową. Rzetelna lekarka przekonywała ją przez kilka minut do badania, hojnie dzieląc się własnym doświadczeniem – miała już w swoim życiu dwie punkcje i, jak widać, nic jej nie było, żadnych powikłań. Mamusia jeszcze raz przeczytała dokładnie podsunięty jej druczek. Nie pominęła żadnej litery, skinęła głową i poprosiła o długopis. Lekarka już nie czekała na ten świstek papieru, osłabiona i zrozpaczona mamusia położyła go na szafce przy łóżku, i sama też położyła się, bo ból miał tę dziwaczną właściwość, że zupełnie znikał, kiedy leżała, wracał natomiast natychmiast, wyraźny i silny, kiedy tylko uzyskiwała pozycję siedzącą, i wróciła do czytania drugiego tomu „Sagi rodu Forsyte’ów”. Mamusia była rozsądna i zapobiegliwa, przewidziała, że szpital z tym kilkudniowym bólem nie wypluje jej zbyt szybko z siebie. Nie wzięła żadnego ze swoich zeszytów, bo nie mogła notować, leżąc, coś niedobrego działo się wtedy z atramentem w długopisie, jak gdyby wycofywał się i pozostawiał białe wgniecenia w kartce papieru.
Po kilku godzinach spędzonych w głodzie na SOR-ze (choć, prawdę mówiąc, wcale go nie czuła, ból odebrał jej apetyt) przewieziono mamusię do innego szpitala na oddział zakaźny i tam właśnie w sposób niepodzielny w luksusowej sali dwuosobowej roztoczyła swoją władzę. Zrobiła to poprzez przedmioty. Poinformowała telefonicznie tatusia o swoim stanie zdrowia, dodała, że planują zatrzymać ją w szpitalu przez co najmniej dwa tygodnie, i zleciła mu wypożyczenie w bibliotece dalszych tomów sagi. Dodała ponadto do tej listy „Zaczarowaną górę” Tomasza Manna, gdyż w młodości nie zdołała jej przeczytać, a obecny klimat jej życia niewątpliwie miał sprzyjać tej lekturze, oraz poprosiła o ściągnięcie z półki Schulza, ponieważ zapragnęła nagle wrócić do sklepów cynamonowych, pod tamto rozgwieżdżone, latające niebo. Rano ponownie zadzwoniła do tatusia i poprosiła o przywiezienie porządnej porcji świeżych warzyw. Nie, jedzenie nie jest tutaj złe, zresztą ona nie ma ochoty na żadne przekąski, niech nie przywozi czekolady ani paluszków, nie potrzebuje też nic dodatkowego do picia, tylko te warzywa. Tak, ma się dobrze, nieustannie poprzez kroplówkę podają jej jakieś leki.
Łóżko mamusi mieściło się przy oknie, a więc także przy parapecie. Kiedy niewielka szafka przestała wystarczać na trzymanie dostarczanych jej ubrań, roślin, książek i warzyw, przejęła we władanie także ten parapet. Tatusiowi zdarzało się zapominać o zabieraniu reklamówek z zużytymi ubraniami, za to pamiętał o przynoszeniu świeżych bluzek, dresów, zestawów bielizny. Mamusia gromadziła związane w supełki, wypełnione do granic możliwości plastikowe reklamówki pod łóżkiem. W trzeci dzień pobytu w szpitalu tatuś przyniósł szklaną misę, wypełnił ją pomidorami i ogórkami i ustawił na parapecie. Stała tam dumna, widoczna także przez okno, pod które podchodziłam, żeby mamusia mogła do mnie pomachać – dzieci nie wpuszczano na oddział zakaźny.
Prawie nikomu to królestwo materii nieożywionej nie przeszkadzało – poza jednym lekarzem. Stary ordynator oddziału, który codziennie rano przychodził na wizytę i nalegał, żeby pacjenci czekali na niego wybudzeni i umyci, kpił wprost i bezczelnie z książek i roślin mamusi. Nie rozumiał i mamusia nawet nie próbowała mu wyjaśnić, że tatuś nigdy nie kupował dla niej kwiatów ciętych. Kierowany jakimś tajemnym przymusem, przynosił jej w prezencie rośliny doniczkowe, ciemnozielone gęszczące się paprotki, delikatną i słabą lawendę, twarde miniaturowe drzewka bonsai, australijskie kasztanowce z wystającą z ziemi skorupką, ledwo pokrywającą ich zielone serce, z których wyrastały niemożliwie wysokie pnącza. Więc kiedy mamusia trafiła do szpitala, tatuś nie mógł się oprzeć temu przymusowi i codziennie przynosił jej nową roślinę doniczkową. Salowe nawet lubiły przychodzić do tej zazielenionej, liściastej sali numer dwanaście, jak zaczęły ją nazywać, i dobrodusznie podlewały rośliny, tak żeby mamusia nie musiała wysilać się i wstawać z łóżka. Tatuś także je podlewał, więc szybko salę ogarnął zapach wilgoci, a w niektórych doniczkach nawet powyrastały z tego powodu niewielkie grzyby.
Książki były innym rodzajem przedmiotów. Leżały w stosikach na szafce przy łóżku, a także w nogach łóżka oraz pod poduszką. Żeby były na wyciągnięcie ręki. Mamusia nie potrafiła przewidzieć, na którą historię o danej porze dnia akurat nabierze ochoty. To z kolei złościło nieco pielęgniarki. Czuły się jak w gabinecie jakiejś profesorowej, którą mamusia przecież nie była. Przytłaczał je zapach żółtych kartek papieru, starych czcionek, kurzu. Nie tyle doradzały, co nakazywały mamusi oddanie książek mężowi, a jedna z nich posunęła się nawet niewątpliwie do kłamstwa, oznajmiając, że przy chorobie mamusi czytanie jest niewskazane.
– Męczy pani oczy i dlatego głowa nie przestaje boleć. Nie może pani nadwyrężać głowy, proszę się zrelaksować, znowu pani zaciska żyły i nie mogę wbić igły. Chce być pani tak nieludzko pokłuta?
Mamusia jednak nie przyznawała się do kruchości swojego ciała, do jego napięć i strachu przywołanego z tamtej drugiej strony życia, którą stanowiła choroba. W szklanej misie kazała umieścić marchewkę i pietruszkę, pomidory koktajlowe oraz szczypiorek wyrastający z dorodnej cebuli. Misa pęczniała. Rosła w oczach i niebawem zajęła całą powierzchnię parapetu. Miła sąsiadka mamusi z łóżka obok pozwoliła jej korzystać z jednej niezagospodarowanej półki w swojej szafce. Tam właśnie mamusia ułożyła niewielkie doniczki z bluszczem. Nocą, kiedy obydwie posnęły snem zasłużonych cierpiących ciał, bluszcz, jakby podłączony do kroplówki, wypuszczał coraz to nowe pędy, które po chwili twardniały i rodziły kolejne liście. A że była jesień, po jakimś czasie zmieniały swój kolor na różową czerwień, następnie zaś na ciemną purpurę. To oczywiste, że jedna półka szafki nocnej szpitalnej nie mogła im wystarczyć. Tym narodzinom i przemijaniu towarzyszył szum, niewyraźny zgiełk listowia, kiedy pędy wchodziły na białą, przepoconą pościel i spoczywały na ciele mamusi i jej sąsiadki niczym leśny całun. Na tę jedną noc mamusia i tamta druga pani przeniosły się ze szpitala, jakby umknęły ze swoich pościeli. Prawie że uciekły z oddziału zakaźnego, z budynku, który przezornie oddzielono od pozostałego kompleksu szpitalnego. W swoich chorobach zakaźnych, na które zapadły nagle i niezasłużenie, połączyły się ze światem roślin płożących, dzikich, wilgotnych. Popadły w ekstazę – ni to senną, ni na jawie. Ich ciała, posłusznie ułożone pod kołdrami, stały się nagie i zielone. Mamusia poruszyła dużym palcem u stopy, a pnącze nagle pokryło się kwieciem, żółtym, ciepłym jak piasek w letni dzień, z kielichem szerokim, wypełnionym tak słodkim pyłkiem, że pozostali pacjenci na innych salach zaczęli przez sen kichać. Ale mamusi i jej sąsiadce ten przyrost, rozrost, ta słodycz i wilgoć wcale nie szkodziły, wręcz przeciwnie, ich ciała, dotychczas umęczone igłami i lekami, obcymi płynami, które wstrzykiwały w nie pewne ręce pielęgniarek, zieleniały i wyginały się w łagodne łuki pleców, brwi, ust, ramion, brzuchów. I już nikt, kto wszedłby w tamtej chwili na salę, nie potrafiłby odgadnąć, czy to one, chore, zakażone kobiety, rodzą te kwiaty i liście, czy ziemia z niewielkich dwóch doniczek, ustawionych sennie przy ich głowach. Ale nikt nie wchodził, dopóki bluszcz nie przedarł się przez szparę w drzwiach i nie wypełzł dumnie na zdezynfekowany korytarz szpitalny. Dyżur miał akurat ten lekarz, który rozmawiał z mamusią o literaturze. Był delikatny i wyrozumiały, kiedy po raz kolejny pobierał z jej rdzenia kręgowego płyn i natychmiast odpowiedział, kiedy tylko zapytała, że tak, płyn jest przezroczysty i wygląda na zdrowiejący. Nie straszył jej komplikacjami i chorobami jak inni lekarze. Powiedział, że jego żona jest polonistką i że kilka lat temu czytał opowiadania Schulza. Wyraził się kulturalnie, z dużą dozą wrażliwości o ulicy Krokodyli. „I ja tam byłem” – mówiło jego porozumiewawcze spojrzenie. Cud czy to Bóg chciał, że ten właśnie lekarz musiał zmierzyć się z naporem bluszczu? Nie zareagował gwałtownie, nie wydał nikomu żadnych poleceń, nie przywołał salowej do pomocy. Patrzył uważnie, z zimnym zainteresowaniem, jak liście gęsto pokrywały korytarz, jak jedne wykluwały się z drugich wbrew znanym prawom przyrody i jak z zieleni zaraz przechodziły we wszystkie odmiany różu, od tych jaskrawych po krwiste. Patrzył jak z linoleum robi się dywan, jak wilgoć pokrywa zapach leków i płynów czyszczących, wyschniętych wędlin z kolacji, odór moczu i potu, jak w końcu pełznie do dyżurki i oplata nogi krzesła, na którym siedział. Czy nie miał zamiaru ingerować? Czy urzekła go ta opowieść rodem ze snu? Czy to była jakaś baśń, która właśnie przekroczyła nieprzepuszczalne dotąd granice jego życia? Skąd mógł wiedzieć. Był przecież tylko lekarzem zakaźnikiem, z żoną polonistką, która nie podsuwała mu do czytania ciekawych książek. Sam po nie sięgał, podbierał z jej półek, z biurka, z szafek w toalecie. Nie był ani wiernym, ani systematycznym czytelnikiem. Czytał to, co wpadło mu w ręce poprzez jej ręce, a teraz jedna z tych kobiet na oddziale, która niewątpliwie była jakąś inną odmianą czytelniczki, dotychczas mu nieznaną, szaloną, czytała mu poprzez swój sen coś, co nie zostało jeszcze spisane, co nie pachniało papierem i tuszem drukarskim i czego nie dało się chwycić w dłonie. Musi czytać ze zdrowej części swojego ciała, pomyślał tylko. Książki tworzone w chorobie są inne, dodał jeszcze, to odmienny nurt w literaturze, że też nie dano mu nazwy własnej, nie pokusił się o to żaden lekarz czytelnik. To nurt wypuszczający słowa w nadmiarze, na przekór bezwładowi ciała umieszczonemu w szpitalnym łóżku. Nurt w pewien sposób obrzydliwy, bo ani go podziwiać, ani leczyć. To nurt wywodzący się z amputowanych kończyn, z wrzodów żołądka, z wydalanych kamieni nerkowych, ze zmętniałych płynów mózgowo-rdzeniowych wywołujących zapalenie mózgu. To literatura z maligny, z porannych pojękiwań, z żalu i skarg, że wszystko boli. Ból. Może stamtąd jednak wyrasta ten bluszcz? Nie ze zdrowej części ciała, bo ta potrafiłaby się opamiętać. Tylko ból nie potrafi znaleźć opamiętania. Nie ogranicza się, nie pozwala przyciąć liści, jeden liść wyrasta z drugiego. Lekarz nie wstawał z krzesła, więc i jego łaskawie pokryło zielone pnącze.
Rankiem, kiedy ordynator przyszedł na pierwszą zmianę, już w drodze do pracy myśląc ciężko o obchodzie po ukochanych salach, nie mógł otworzyć drzwi na swój oddział. Jedynie poprzez mleczne szkło szyby zobaczył, że wszystko było pokryte liśćmi i że nie został żaden ból, który miałby w tym dniu wyleczyć.
Zapragnął pchnąć drzwi, przedrzeć się przez tę dżunglę, dotrzeć do białej dyżurki, nakrzyczeć na dyżurującego lekarza, który musiał zasnąć i przez to niczego nie dopilnował. Ale jego stare ciało nie miało takiej siły. Usiadł więc pod drzwiami, a w szparze pojawiło się młode zielone pnącze, które w mgnieniu oka pokryło ordynatora żółtym, słodkim kwieciem.
Ta historia nie ma swojego końca, ponieważ bluszcz wciąż wypuszcza liście i kwiaty – od jednego oddziału do drugiego, od tamtego szpitala do kolejnego – i będzie rodził, dopóki ludzie będą chorować i cierpieć niezasłużenie wszystkie bóle, i będzie pachniał, i wilgotniał, i wprowadzał w ekstazę ukryte pod pościelami ciała, aż dotrze do kostnic i tam także ustanowi swoje porządki.
A ja wiem o tym, ponieważ przez wszystkie dni pobytu mamusi w szpitalu nieustannie rysowałam. Przerywałam tylko wtedy, kiedy tatuś prowadził mnie za rękę pod szpitalne okno, żebym mogła jej pomachać. Rysowałam także nocami, śpiąc i śniąc, i nic nie było w stanie mnie powstrzymać.
KATARZYNA NOWAK-SZELEJEWSKA







