HEBEL: Galimatias uczuciowo-płciowy do sześcianu

Fot. Z archiwum Teatru Kwadrat. Na zdjęciu Ilona Chojnowska w spektaklu „Roma i Julian”.

Jestem przekonany, że choć raz w życiu warto zobaczyć każdego wybitnego aktora na teatralnych deskach. Podziwianie kunsztu Pawła Wawrzeckiego w spektaklu „Roma i Julian” było dla mnie prawdziwym zaszczytem, zwłaszcza że artyście towarzyszy iście doborowa obsada. Obok Wawrzeckiego błyszczy bowiem Hanna Śleszyńska – w rewelacyjnej formie, a partnerujący im Ilona Chojnowska i Mateusz Łapka prezentują się równie znakomicie, dotrzymując kroku starszym kolegom po fachu.

Moje oczy były jednak skupione przede wszystkim na postaci kreowanej przez Pawła Wawrzeckiego. Aktor nie ma sobie równych w operowaniu mimiką, gestem czy modulacją głosu – nie zawahałbym się nazwać go scenicznym arcymistrzem. Tym razem wybornie wcielił się w męża młodej kobiety, która w szpitalu oczekuje na zabieg korekty płci. Przypadek sprawia, że w tej samej placówce bohater spotyka swoją dawną miłość, odwiedzającą syna mającego zamiar dokonać tranzycji płciowej.

Nie chcę zdradzać całości fabuły, faktem jest jednak, że intryga gmatwa się tu co najmniej do sześcianu, prowadząc do niezwykle zaskakującego finału. W drodze powrotnej do domu nazwałem to „galimatiasem uczuciowo-płciowym” – pierwotnie nic nie wskazywało na tak zbijający z tropu obrót spraw. Trudno byłoby uwierzyć, że można być jednocześnie ojcem dziecka i jego siostrą, ale gdy w grę wchodzi zmiana płci oraz in vitro, w tej kombinacji nie ma rzeczy niemożliwych. Ta piętrowa pomyłka ogromnie bawi publiczność, która co chwila wybucha salwami śmiechu.

W samym centrum tego zamieszania Hanna Śleszyńska zaskarbiła sobie moje uznanie celnymi i bardzo zabawnymi ripostami. To jej postać przypomina, jak skomplikowane bywają relacje damsko-męskie, zwłaszcza gdy dawną miłość traktuje się w sposób lekceważący, czy wręcz deprecjonujący męskość bohatera. Mimo to, z tego pozornie tylko zabawnego spektaklu można wyczytać rzeczy fundamentalne. Jak wyznaje bohaterka grana przez Ilonę Chojnowską: „Miłość polega na zrozumieniu drugiego człowieka” – i w tym prostym zdaniu kryje się cała prawda o naszych najbliższych relacjach.

Przeżywanie spektaklu wspomaga sprawna realizacja techniczna. Skromna scenografia okazuje się wystarczająca, by oddać klimat szpitalnej sali, a muzyka idealnie wpisuje się w lekką formę opowieści. Duże znaczenie ma również gra światłami, które umiejętnie uwypuklają najistotniejsze kwestie w tej inscenizacji.

W pamięci zostają też konkretne, brawurowe momenty jak ten, gdy bohater grany przez Mateusza Łapkę przebiera się w koronkową koszulę. Równie komiczna jest scena, w której Śleszyńska dopytuje go o swoją atrakcyjność, z ogromnym dystansem prezentując poszczególne przymioty damskiej urody.

Choć „Roma i Julian” to komedia, której zadaniem jest przede wszystkim bawić, spektakl dotyka istotnych kwestii społecznych: akceptacji własnej tożsamości i otwartości na drugiego człowieka. Mimo wszechobecnego śmiechu, autorzy dają do zrozumienia, że życie osób nieczujących się dobrze we własnym ciele bywa nie do pozazdroszczenia.

Całość przedstawienia oceniam jako świetne – nie tylko ze względu na udaną reżyserię, ale przede wszystkim przez pryzmat fenomenalnej obsady. Na marginesie zacząłem się nawet zastanawiać, czy Paweł Wawrzecki potrafiłby dziś zagrać głęboką rolę dramatyczną? Mając przed oczami obraz „rozbrykanego starszego pana”, który do granic możliwości rozśmiesza widownię, trudno mi to sobie wyobrazić, co jest chyba najlepszą rekomendacją jego komediowego talentu.

JAROSŁAW HEBEL

 


Teatr Kwadrat w Warszawie (Scena Kameralna) – Krzysztof Jaroszyński, „Roma i Julian”. Reżyseria – Paweł Wawrzecki. Scenografia – Wojciech Stefaniak. Kostiumy – Maciej Chojnacki. Występują: Hanna Śleszyńska, Paweł Wawrzecki, Ilona Chojnowska, Mateusz Łapka.
Spektakl trwa: 120 min. (w tym jedna przerwa)