HEBEL: Miłość na dwa fronty

Krystyna Janda w Och-Teatrze udowadnia, że klasyczna brytyjska farsa wciąż potrafi rozbawić do łez. Dawno nie widziałem tak dobrej komedii teatralnej, jaką jest sztuka angielskiego dramaturga Raya Cooneya pt. „Mayday”. To wielopiętrowy spektakl, który bawi publiczność reagującą żywiołowym śmiechem. Znakomita reżyseria Krystyny Jandy czy wpisująca się w klimat muzyka grupy The Beatles mają swój niemały udział w zawładnięciu sercami publiczności przez twórców tego przedstawienia. Grają zaś aktorzy ze ścisłej ekstraklasy, m.in. Maria Seweryn, Rafał Rutkowski, Artur Barciś czy Katarzyna Kołeczek.
Fabuła tego przedstawienia zasadza się na pozornie niemożliwej historii. Pewien taksówkarz ma dwa domy i dwie żony, które nic o sobie nie wiedzą. On zaś sprytnie pomiędzy nimi lawiruje i cieszy się z tego, że może żyć i z jedną, i drugą. Wszystko trwa jednak do czasu i w końcu zaczyna się komplikować. Wtedy trzeba zmyślać i wymyślać, żeby paradoksalnie bronić się przed nieuchronną spiralą wcześniejszych kłamstw. Czyni to główny bohater, który raz jest mężem swojej jednej żony, żeby za chwilę przed drugą zrobić z pierwszej zakonnicę itd. itp.
Najbardziej rozbawił mnie moment, kiedy główny bohater udaje geja zakochanego w swoim przyjacielu Stanleyu, żeby nie zdradzić się z posiadania drugiej żony. Był to jednak zabieg przekalkulowany i tym bardziej wywołujący na widowni ogromną salwę śmiechu.
W tym spektaklu moje wielkie uznanie za ogromną energię fizyczną i komediowe wyczucie zdobył Rafał Rutkowski w roli Johna Smitha. Rutkowski i Artur Barciś tworzą duet, który zyskuje uznanie widzów swoją niebywałą plastycznością.
Na pochwałę zasługuje Artur Barciś, którego bardzo miło ogląda się na scenie. To aktor o olbrzymich możliwościach, co zaprezentował w spektaklu, grając Stanleya Gardnera. Pokazał, w jak arcymistrzowski sposób potrafi posłużyć się takimi narzędziami pracy aktorskiej, jak modulacja głosu, gestykulacja czy ruch.
W sposób przekonujący wypadła Maria Seweryn jako jedna z żon głównego bohatera, podobnie zresztą jak Katarzyna Kołeczek. Seweryn nie pierwszy raz ujęła mnie swoją grą, poprzez którą widzimy ją jako kobietę kochającą, ale i zrozpaczoną po ujawnieniu faktów druzgocących dla jej małżeństwa. Aktorkę należy wyróżnić za świetną kreację neurotycznej postaci i charakterystyczny, na długo zapadający w pamięci śmiech.
Warto docenić pomysłową scenografię Arkadiusza Kośmidera, który na jednej scenie pomieścił dwa osobne mieszkania, odróżnione kolorami (niebieskim i żółtym). Aktorzy ubrani są gustownie, zgodnie z panującą modą wyspiarską. Kostiumy autorstwa Tomasza Ossolińskiego wpisują się w brytyjsko-londyńską atmosferę, która szczelnie wypełnia scenę w Och-Teatrze.
Wielkie brawa dla Krystyny Jandy, która z tego spektaklu stworzyła fenomenalny teatr aluzji i niedomówień, wypełniony podtekstami i żartami sytuacyjnymi, które nie pozwalają widzom na nudę. Przede wszystkim dokonała generalnego liftingu klasycznej farsy i nadała jej szalonego, niemal zawrotnego tempa. Akcja toczy się bez wytchnienia, a dziesiątki teatralnych sztuczek i żarcików są trafione prosto w dziesiątkę.
Rozumiem, że spektakl dla niektórych może być męczący przez ciągły krzyk, bieganinę i brak subtelności w grze aktorskiej. Być może w finałowej części sztuki żarty są mnożone jakby na siłę. Czy jest jednak ktoś, kto nie rozpłynąłby się w euforii, słysząc „She Loves You” czy „Help” w wykonaniu zespołu The Beatles?
JAROSŁAW HEBEL
Och-Teatr w Warszawie – Ray Cooney, „Mayday” (przekł. Elżbieta Woźniak). Reżyseria – Krystyna Janda. Scenografia – Arkadiusz Kośmider. Kostiumy – Tomasz Ossoliński. Występują: Maria Seweryn/Monika Fronczek, Monika Fronczek/Małgorzata Klara/Katarzyna Kołeczek, Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki, Artur Barciś, Adam Krawczuk, Stefan Friedmann, Michał Breitenwald/Jan Malawski
Spektakl trwa: 130 min. (w tym jedna przerwa).






