OCHODEK-SZPAK: Abakany i Andrzejewski

Grafika – J.H. Na zdjęciu Jerzy Andrzejewski i abakan.

Abakan widzę czerwony… gdy wspominam życie i twórczość Jerzego Andrzejewskiego.

Magdalena Abakanowicz tworzyła je w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Te dzieła budziły zachwyt i budziły kontrowersje. Magiczne, przestrzenne, inne.

Jakiś czas temu odbyłam kolejną podróż na Wawel, by pobyć z nimi sam na sam. Jak odbiorca sztuki kontemplujący dzieło albo wędrowiec, który na moment przystanął przy promieniach krwawego słońca. Monumentalne formy rzeźbiarskie, dla których tworzywem był sizal, czyli włókno z agawy, sznur albo jutowa tkanina. Są one jak trzewia, miękkie i nieregularne.

*

Jerzy Andrzejewski to twórca, którego światopogląd ewoluował od bieli ku czerwieni. I od czerwieni po szarość. Spod pióra prozaika wyszła katolicka powieść pt. „Ład serca” (1938) oraz utwór pt. „Popiół i diament” (1948), w którym zbliżył się do socrealizmu. I jak w przypadku takich zbliżeń bywa, zapłacił za to wysoką cenę. Podobnie jak inni twórcy, co z władzą pod rękę się prowadzali. Ale o tym następnym razem.

Po przełomie październikowym twórca zerwał z wiarą w komunistyczną utopię. W kolejnych powieściach, takich jak „Ciemności kryją ziemię” (1957) i „Bramy raju” (1960) prowadził rozważania na temat zła, powoływanego do trwania przez człowieka tęskniącego za doskonałością. W obu tekstach twórca zastosował historyczny kostium. W pierwszej powieści jest nim piętnastowieczna Hiszpania, w drugiej średniowieczna krucjata dziecięca.

Sięgam po te teksty, bo cenię w nich fascynację pisarstwem Fiodora Dostojewskiego i sposób opowiadania historii, narrację, która wywołuje niepokój. Wracam szczególnie do rozważań z „Bram raju”, bo w nich motywacje ideologiczne poddawane są psychoanalizie. Intencje bohaterów nie są przejrzyste, dlatego że za czynami stoi libido.

*

Pamiętam moment, gdy po raz pierwszy czytałam powieść Jerzego Andrzejewskiego pt. „Miazga” (1979) z suchym gardłem i wilgotnymi powiekami. Polifoniczna narracja nie ułatwiała odbioru, nakazywała bezgraniczną uwagę, na jaką stać czytelnika, który w tekście literackim zachłannie poszukuje obrazu autora. Jak prokurator na miejscu zbrodni odkrywałam tożsamość twórcy, który krwawił. O! Jak intensywnie, choć czerwony już nie był.

Narrator opowieści podkreśla, że ulepiony został z samych sprzeczności. Że zdany jest na niekończące się ścieranie tych sprzecznych elementów. A z tej gry przeciwieństw, która odbywa się w samotności, wynika jego sztuka pisarska. Lubię język tej prozy, związki wyrazowe nacechowane emocjami, jak np. „pisarska szmira” czy te mocno krytyczne, jak np. „gdybym nie pisał, mógłbym […] zostać awanturnikiem albo hochsztaplerem”.

Prozaik pisał tę powieść przez kilka lat i czas jej poświęcony przekłada się tu na moc szczegółów, które wcale nie muszą utrudniać odbioru. Tym bardziej, jeśli przypomnę, że pisanie nie jest próbą porządkowania życia, raczej jego komplikowaniem. Bo „tylko trudny świat zmusza do oporu”, to wiemy. Tytułowa miazga może być odczytywana jako odniesienie do sytuacji w Polsce w 1969 roku. Rodacy tego czasu, zmiażdżeni wydarzeniami z marca 1968 roku, próbują jakoś się urządzić, ogarnia ich jednak przejmujące zniechęcenie. Drepczą w marazmie niczym w chocholim tańcu.

Pamiętam parafrazę zdania, którą wpisałam do notatek sporządzanych podczas pierwszej lektury powieści. O tym, że wolność wyboru i niepodległość duchowa jednostki wyrażają akceptację życia. Tak! Jerzy Andrzejewski stał po stronie życia. A ta metaforyczna ewolucja barw jego pisarstwa, o której wspomniałam, najgłębiej o tym świadczy.

*

Jest taki esej Leszka Kołakowskiego pt. „Kapłan i błazen” (1959), który dotyczy zmagań myśliciela z marksizmem. Nie o wywód tu chodzi, by go przypominać, pełen rewizjonistycznych tez, które doprowadziły w konsekwencji do odejścia od marksistowskiej myśli. Idzie o kontekst.

W przywołanym eseju dostrzeżemy dwie postawy. Pierwsza charakteryzuje kapłana, dogmatyka podtrzymującego ustalenia światopoglądu. Druga błazna, rewizjonisty, który ośmiesza to, co w żadnym razie nie ma już racji bytu.

Leszek Kołakowski rozważa przede wszystkim jednak o pojęciu prawdy. Są tacy, którzy są przekonani, że ją posiedli i tacy, którzy nieustannie ćwiczą się w jej kwestionowaniu. Wracam do eseju w momentach, gdy przypominam sobie o życiu i pisarstwie Jerzego Andrzejewskiego. O jego drodze wśród cierni.

Tak, proza Jerzego Andrzejewskiego i eseje Leszka Kołakowskiego stoją obok siebie w moim księgozbiorze. Lubię na nie patrzeć szczególnie o zachodzie słońca. Nie zawsze krwawego.

Kim jest kapłan? A kim błazen? To już, Drodzy Czytelnicy, kwestia smaku.

 IWONA OCHODEK-SZPAK