GATNY: Bolesny krzyk istnienia

Fot. J.H.

‒ Mamo! W ubikacji jest pełno pająków na suficie i podłodze!

Mama tłumaczy, że we wspomnianym przeze mnie miejscu nie ma nic obrzydliwego. Co więcej: niedawno zdezynfekowała muszlę skutecznymi środkami. Zatem nie mam się czego obawiać. Ja jednak postanawiam nie korzystać z domowego klozetu, albowiem twierdzę, że po białych ścianach, które w dodatku świecą fosforyzująco, chodzą włochate stworzenia o grubych odnóżach. Całe mnóstwo śliskich, błyszczących robaczków pełza po podłodze. Podłoga faluje. W wyniku postanowienia nie oddaję moczu, wstrzymuję czynności fizjologiczne. Z zapaleniem pęcherza i zatruciem organizmu trafiam do szpitala. Podłączony do cewek i innej rurkowej aparatury, spędzam dnie w pozbawionym wyrafinowanych ozdób pomieszczeniu. Poznaję fascynującego kolegę. Cierpiał na wirusowe zapalenie wątroby, ale obecnie jest już na etapie prawie całkowitego wyleczenia. Mój nowy znajomy bardzo lubi łykać różne kolorowe pigułki oraz wprowadzać do swojego organizmu za pomocą strzykawki substancje odpowiedzialne za polepszenie samopoczucia, jak również widzenie horyzontu w pocztówkowej kolorystyce. Leżymy w jednej sali. Pakujemy w siebie mnóstwo narkotyków. Wczoraj odłączyli mnie od tej całej zajmującej aparatury. Wraz z kolegą wprowadzamy w życie różnorodne koncepcje natury filozoficznej. Jesteśmy dzisiaj stoikami. No, bądźmy szczerzy, staliśmy się nimi przed dwiema godzinami, lecz mocno postanowiliśmy wytrwać w realizacji założeń wybitnych myślicieli starorzymskich. Staliśmy się obojętni wobec wszelkiego rodzaju lęków, obsesji, paranoi, zagubień mentalnych. Do naszych wnętrz dostępu mieć nie będą: schizy, zejścia, haluny i inne produkty umysłów narażonych na stres, który, notabene również będzie niebawem śmiesznostką niewartą marnego wspomnienia.

Mój nowy kolega ma wielu znajomych. Ja jakby trochę mniej. Właściwie nikt mnie nie odwiedza. Ale zawsze byłem alienatem i izolacjonistą. “Morowe chłopaki” ‒ jakby powiedział wuj Leon ‒ postać niemal mityczna. Właściwie nie wiem, czy w mojej rodzinie jest jakiś wuj Leon. No więc równe chłopaki z tych kolegów mojego kolegi. Ja od urodzenia miałem drobne żyły i oni nauczyli mnie, jak szukać dobrego miejsca do wkłuwania igły. W ogóle bardzo są pomysłowi. Nie kłują się jakoś tak bez sensu jak inni. Całe wzory, napisy tworzą sobie z nakłuć. Długo by o nich opowiadać.

Pragnę zwrócić uwagę na ściany w pokoju szpitalnym. Początkowo wydawało mi się, że są nieskazitelnie białe, takie jak piersi ciotki Róży. Ja wiem, że moje skojarzenia nie muszą porażać błyskotliwością, ale gdybyście widzieli kobietę tak mityczną jak ciocia Rózia, nie dziwilibyście się. Jej mistrzowsko ogromne piersi były jak archetyp, wypełzały z głębin nieświadomości. I takie też wydawały nam się ściany szpitalne otaczające nasze skromne stoickie byty. Jednak w późniejszym okresie stały się seledynowe. Patrzył na nas ten kolor natrętnie i buńczucznie, kpiąc sobie z nas niemo, ale wyraziście. Czasami z kafelków wychodził Demon. Nie można powiedzieć, żeby był jakoś specjalnie złośliwy. Demon jak demon. I w szachy z nami pograł, zdarzyło się, że rzucił całkiem soczystym, mięsnomęskim dowcipem. Tylko cuchnął straszliwie. Lepił się od jakiejś dziwnej mazi. Nawet figurki szachowe wyglądały po jego dotknięciu jak ulepione, nie przymierzając, z rzygowin. A my ‒ jak to stoicy ‒ opanowani, zdystansowani, wielkie namiętności przystępu do nas nie mają. W ogóle byliśmy dumni z naszych szybkich osiągnięć w dziedzinie filozofii praktycznej. Powtarzaliśmy: “Dość teorii! Zmierzamy w kierunku czystego działania”. Otrzymałem przezwisko “Mister Perfekto”, a znajomka nazwałem… A nawet nie wiem już jak…

Jakoś tak wypadło, że nasz pobyt w ośrodku leczniczym przedłużał się. Generalnie nie mieliśmy nic przeciwko. Nasza znajomość pogłębiała się i ewoluowała w przyjaźń. Uznaliśmy, iż tajemne siły kosmosu przemawiają przez nasze organizmy, dają tajemne znaki. Nie bardzo potrafiliśmy je odczytać, odszyfrować, ponieważ magiczne moce nie były na tyle konkretne, aby przemawiać w sposób zrozumiały i komunikatywny. Nie zrobiło to na nas zbyt wielkiego wrażenia. Pamiętajcie ‒ górą stoicyzm! Sytuacja zaczęła przybierać bardzo pozytywny obrót. W naszej salce pojawiła się siostra Angelika. Lubiliśmy tworzyć intelektualne wariacje na temat jej imienia. Ja na przykład wymawiałem je niczym rasowy Latynos: “Anhelika”, ponieważ kojarzyłem je z twórczością naszego wieszcza i z utworem ,”Anhelli”. Mój druh, gdy o tym usłyszał, oznajmił, że nasza anielska opiekunka będzie stanowiła świetną partię dla Króla-Ducha. I nazwał ją: “Królewna-Dusza”. Nie wiedzieć czemu, nie wywarł na niej wrażenia ów pomysł. Doszliśmy do wniosku, że stoicyzm zatacza coraz szersze kręgi. Postanowiliśmy w tym czasie dążyć do maksymalnego obiektywizmu w odbiorze rzeczywistości. Jednak pewnego razu coś innego zaprzątnęło nasze umysły.

Bardzo często słyszeliśmy odgłosy helikopterów latających nad szpitalem. Jeszcze częściej dochodziły nas odgłosy alarmów samochodowych. Wobec takich faktów nie można było pozostać obojętnym. Domagał się tego Dajmonion ‒ nasz wewnętrzny głos o głosie jak dzwon. Już wiedzieliśmy. To oddziały specjalne pilnują, aby wspomniane już moce kosmiczne nie przeniknęły do budynku i nie uprowadziły nas. Dlatego tak często włączały się systemy bezpieczeństwa. Moce, choć niewidzialne, zbliżając się, powodowały drgania powietrza, zaś intensywna częstotliwość powodowała wariacje zabezpieczeń w autach. Ogarnęło nas zwątpienie. Jak to? My ‒ wybrańcy, przeznaczeni do wypełnienia totalnej misji ratunkowej, zostaliśmy bezprawnie, pod pretekstem zmyślonych chorób, wtrąceni do izolatki, a wszechświat czeka zagłada. No, oczywiście, nic (jak zwykle) nie zapowiadało apokalipsy. Ale byliśmy pewni, że katastrofa czai się w odległej o miliardy lat świetlnych galaktyce.

Gdyby wysłannicy mocy mogli uzyskać z nami bezpośredni kontakt, wyposażyliby nas w megaprzestrzenne teleportery i moglibyśmy wyruszyć na naszą misję ratunkową. I naraz wszystko stało się jasne, jak, nie przymierzając, błysk igły w żyle. Anhelika! To ona stanowiła brakujący element. Przestrzenią łączącą były jej piersi. Piersi bułczane i wyraziste niczym podpis prezydenta na traktacie wojennym. Należało tylko uzmysłowić modrookiej dziewczynie, jak istotny jest jej udział w planach ratowania świata. W tym celu musieliśmy zrezygnować z kultywowania stoickich idei. Mój heroinowy przyjaciel, przepraszam, mój heroiczny przyjaciel postanowił udawać atak bólu wątroby. Zadzwoniłem pod wewnętrzny czterdzieści cztery.

Gdy szpitalna bogini przybiegła nocną porą do nieoświetlonego pokoju (wykręcona żarówka!) i pochyliła się   nad pacjentem, zaszedłem ją tradycyjnie od tyłu i pozbawiłem przytomności, najdelikatniej jak tylko można to było uczynić, za pomocą krzesła. Krzesła drewnianego, nie metalowego. Czyn mój uznać trzeba wręcz za szlachetny, bowiem drewno ma w swej istocie coś królewskiego, nobilitującego. Ot, weźmy pod uwagę choćby trony władców. Wykonywane były one zawsze z najwyższej klasy drewna. Przystąpiliśmy do działania. Anhelika nie wiedziała nic o swej jakże ważnej roli. Zatem nie jej świadomość, ani umysłowość były nam potrzebne. Potrzebne były nam jej piersi. Oj, nie myślcie, że chcieliśmy je odkroić. Zresztą nie posiadaliśmy takich narzędzi jak noże. Z jakiegoś powodu odebrano nam prawo do posługiwania się tym efektownym wynalazkiem ludzkości. Mniejsza z tym. Należało wykonać rytualne gesty. Delikatnie pieściłem krągłości niewiasty. Naciskałem subtelnie jakbym przygotowywał wyrafinowane ciasto do wypieku. Całowałem czule sutki, wdychałem ich zapach dziewczęcy i krzepiący. Przyszła kolej na mojego przyjaciela. I on, jak magik, odprawiał nad Anheliką gesty, które przynieść nam miały upragnioną siłę. Tak też się stało.

Choć wykręciliśmy żarówkę, w pomieszczeniu zrobiło się jasno. Ale nie wiem, czy tak jak w dzień. Spojrzeliśmy w prawo. Ujrzeliśmy Atlasa dźwigającego sklepienie niebieskie. Przeszliśmy szybko pod jego rozstawionymi szeroko nogami. Przestrzeń ogarnęła nas gwałtownie. W żołądku czułem ogromne przeciążenia, wirowałem wokół własnej osi, pędziłem z zawrotną szybkością. W tym czasie mój przyjaciel przygniótł Słońce kolanem. To odwróciło uwagę tropiących nas myśliwych. Poruszali się błyskawicznie na motorynkach w kolorze seledynowym. A zatem Demon nie był nam przyjazny. Zdradził niecnota! Nic to, albowiem odwaga wypełniała nasze jestestwa. Wrogowie skoncentrowali swoją uwagę na moim druhu. Zaś on bronił się zaciekle. Miotał w przeciwników słowami o mocy gromów wiekuistych, rozpryskiwali się na tysiące kawałków lub w przerażeniu uciekali z pola ostrzału. Zaraz jednak powracali, wznosząc okrzyki jeszcze bardziej gromkie. Ze zgrozą ujrzałem, iż heros, którym był teraz mój przyjaciel, chwieje się, a przestrzeń wokół niego drga niebezpiecznie, aż rozprysnęła się w huku straszliwym i miliardy szklanych fragmentów zamieniło w niebyt istnienie bohatera.

Zdążyłem spostrzec, że strzępy duszy opadają mgiełką gdzieś w dół kosmicznej próżni. Nie miałem wiele czasu. Impet nienawiści strażnicy chaosu obrócili przeciw mnie. Ich twarze stawały się coraz bardziej wyraziste i wyczytałem z nich piekielne szyderstwo. Począłem się łamać. Traciłem szybkość i już wiedziałem, że nie zdążę przejść przez teletransmiter. Pierwsze przekleństwo dosięgło mych kolan, roztrzaskując je na miazgę. Kolejne kalumnie miażdżyły piersi, wyrywały żywcem płuca. Byłem już tylko bólem. Jednak do końca pozostała świadomość. Teraz znowu jestem w szpitalnym pomieszczeniu. Unoszę się tuż pod sufitem. Wiem, że nie żyję. Na łóżku leży mój przyjaciel. Również nie daje znaku życia.

Dziwne ‒ nie widzicie mnie?

RAFAŁ GATNY