Czas na poezję: WIOLETTA JAWORSKA

Fot. Z archiwum Autorki. Na zdjęciu Wioletta Jaworska.

głodne dusze

wyglądają z okien starych domów kiwają palcem “chodź”
przez uchylone błękitne drzwi
ze zdartą czasem farbą

niczego nie przesuwam
nie dotykam jakby muśnięcie
bezcześciło pamięć

jeśli dobrze się wsłuchać
można usłyszeć resztki rozmów
szuranie buta

pytasz czemu fotografuję
obdarte ściany krzesło
ze złamaną nogą
stół
na którym królował krucyfiks z obrazkiem
na podorędziu różaniec – “zdrowaśmaryjo”
szeptane wargami niosło się echem po domu

bo stare domy są jak
cmentarz
umarłe tylko z wierzchu

 

na wstecznym

gdyby wysilić pamięć cofnąć zegary
zejść do piwnic strychów po szczeblach wstecz
odpajęczyć obrazy oddrapać wszystkie rysy
i wyjąć zadry – nadać sprawom bieg zamiast amputacji
może wtedy dziecku mieszkającemu wewnątrz mnie
głos nie wiązłby w krtani

zamiast rytualnych krzyżyków na drogę
rowerem butem – czymkolwiek
byle dalej od siebie
jakby ucieczka mogła zdjąć maskę
wytopić sól spod powiek
zrobić z niej leczniczą lampkę – wzmocnić
dopływ sił witalnych – uporać się z cieniami

wiszącymi w głowie jak niedoprane pranie
spetryfikowane na amen
gdyby stanąć oko w oko
ramieniem otoczyć chude plecy
powtarzać mantrę – “strachy na lachy” – półgłosem
odganiając neurozy z odbić zaszybionych luster
odrysować wszystko palcem na opak
odpętlić złe słowo i dotyk

być może mała dziewczynka dorosłaby
do kobiety

 

Wrześniowe popołudnie

Zmierzch kuli słoneczne skrzydła, układa las do snu
przejmującego jak cisza wokół pobliskiego cmentarza.
Można grać na strunach promieni
rozciągniętych między drzewami.
Przede mną kościelna wieża staje na palcach
w ostatnich smugach światła
przed świtem. Jeszcze się żółcą nawłocie,
jakby były częścią upadłych gwiazd.
Czarny kot skrada się po omacku
w poszukiwaniu zdobyczy. Klucz
dzikich gęsi rozdziera gęganiem niebo,
sunie linią wydrapaną przez samoloty.
Tak sobie wyobrażam starość – pogodną
część jesieni.

 

Zdeterminowani

Obejrzałam wszystkie górskie filmy – wiem,
nigdy nie pojadę w Himalaje. Pozostają książki
o Wandzie, Messnerze
albo Kukuczce.
Wspinaczki szlakiem przy połoninie
gdzie kiedyś pasły się owce,
a teraz spomiędzy traw wyziera kreda.
Pytasz, co mnie ciągnie między pagórki
jak żebra wyrosłe z ziemi?
Nad lodowaty strumyk płynący chyłkiem w dół
lek na zmęczone opuszki
(kucam przy wodzie i zanurzam
aż do kamienistego podłoża).
Dlaczego nie usiedzę
o żadnej porze roku?

Ludzie mówią, że determinuje ich krajobraz
wrośnięty jak szpik kostny,
że o życiu decydują wzgórza, rzeki i drzewa.

Różnią się od innych.

 

zabliźnianie

obudził mnie stukot jaskółczych dziobów
w rogu okna własną śliną niczym krwią
znaczyły poziomą linię budowy gniazda

z nawyku prowadzę rejestr
zrastania się poparzonej skóry parą z czajnika
takie niby nic skłębiona chmura kropel
ostra niczym laserowy skalpel

gdyby tak wszystkie złamania
bez nastawiania kości albo wewnętrzne organy
bez operacji mogły się zsunąć zrosnąć naprawić

gdyby można dłonią jak gąbką przeciągnąć

po zamglonej tafli pnia mózgu
odzyskując kolory

albo pozwolić samowyleczyć się chorej duszy
zakazując myśleć rozdrabniać rozwarstwiać
każdy włos wrosły w skalp łysej głowy
opartej na koturnie szyi by zawieszenie
w ciszy pozwoliło narosnąć krok po kroku
nowej sieci w pamięci bez obrazów
neurotycznie wpiętych w impulsy

chciałabym zasypiać i budzić się bez ciężaru
pościeli (starzy ludzie widzieli zmory przysiadłe
na piersi) móc zadzwonić wiedząc że będzie odbiór
po drugiej stronie rodzinnego progu
wreszcie wejść gdzie coraz mniej śladów mamy
i zapachu dymu przywodzącego ciepło
ogniska

jestem jaskółką
szukam domu