Czas na poezję: SIERGIEJ JESIENIN (przekł. Adam Ochwanowski)

Fot. Domena publiczna. Na zdjęciu Siergiej Jesienin (1922).

Moskwa karczemna

przekład dedykowany: Krzysztofowi Jasińskiemu

Tak, odchodzę i już nie wrócę

Dom rodzinny zostawiam i pole
Jeszcze raz popatrzę za siebie
Na szumiącą młodości topolę

Dom choć niski jeszcze się zgarbi

Pies miast szczekać w pamięci śpiewa
Widać umrzeć nakazał mi Pan Bóg
Pod gwiazdami moskiewskiego nieba

Jak szalony kocham to miasto

Kiedy wątpi, wierzy i marzy
Gdy pod jasną znaczeń kopułą
Widać Azję o sennej twarzy

Kiedy księżyc wariacko świeci

I nikt o mnie się nie upomni
Zaułkami z zakręconą głową
Do znajomej idę mordowni

Tu zawzięta, bo pijana przyjaźń

Z bandziorami wypitkę mam pewną
Od wieczora tam aż do świtu
Deklamuję wiersze kurewkom

Wspólna żałość ginie w bełkocie

W piersiach młot zamiast serca wali
Ja stracony jestem wraz z wami
Mnie i was już nic nie ocali

Dom choć niski, jeszcze się zgarbi
Pies miast szczekać w pamięci śpiewa
Widać umrzeć nakazał mi Pan Bóg
Pod gwiazdami moskiewskiego nieba

II


Graj gitaro, naciągaj struny

W błotnych pieśniach niech serce ginie
Nim zaleje mnie rzeka zatraty
A ty bracie bądź zawsze przy mnie

Nie patrz na jej chciwe ramiona
Bujne kształty, złudne klejnoty
Chciałem zaszyć się w niej jak sztubak
A doznałem bolesnej sromoty

Teraz wiem, że miłość to klęska

Teraz wiem, że miłość to dżuma
Wystarczyło – błysnęła okiem
I zabrakło we łbie rozumu

Graj mi grajku, graj byle głośno

Niech się dźwięk sam sobą zachwyca
Niech innego miętosi po kątach
Zblazowana, piękna ruchawica

Ale wiesz co? Nie chcę jej ubliżać

Ale wiesz co ? Nie będę jej szargał
Na basowej strunie jedynej
Pieśń knajacką o sobie ci zagram

Noc pijana ze świtem spływa

Sny wkładając w dnia ramę złotą
Wiele dziewczyn obmacywałem
Wiele kobiet brałem z ochotą

Tak, jest prawda co gardło dławi

I młodzieńczy obraz wypacza
Z burej suki na środku drogi
Sok zlizuje sfora sobacza

Nie rozpaczam, bo to nic nie da

Kolej rzeczy już nie przeraża
Nasze życie – zbrukane łóżko
Nasze życie – pocałunek grabarza

Grajże jeszcze pijany grajku

Pieśń straceńców i marzeń niewiernych
Ale wiesz co, pies ich jebał, bracie
Ja i tak będę nieśmiertelny

III


Graj harmonio na przekór nudzie

Klawiaturę pchaj w otchłań ciemną
A ty siadaj obmierzła suko
I pij ze mną

Wypieścili cię, wyruchali

Najgorszy chłam
Co tak siwe ślepia wytrzeszczasz
W mordę ci dam

Tobie teraz na polu stanąć

By płoszyć wrony
Jak trucizna do trzewi wlazłaś
Od każdej strony

Rżnij harmonio, a ty pij ze mną

W samogonie mocz dziób
Ja bym wolał tamtą cycatą
Głupią jak but

Ja nie z jedną – taką jak ty

Trwoniłem czas
Ale z taką jak ty jesteś szmatą
To pierwszy raz

Coraz głośniej, coraz boleśniej

Choć sił mi brak
Ja przez ciebie nie będę wieszał
Sznura na hak

Waszą dziką, pijacką bandę

Porzucić trzeba
Ukochana, widzisz, ja płaczę
Przebacz mi, przebacz…

IV


Znów tu kłócą się, biją i piją

Przeklinają swą dolę sobaczą
Ruś moskiewska za gardła ich trzyma
A wspomnienia wariują i płaczą

I ja też z obolałą głową

Po wypiciu rozbijam stakany
Gdy mi kuso zagląda do oczu
Los przeklęty od dawna pijany

Coś skończyło się i nie wróci

Jak błękitny, wiosenny czerwiec
Durna młodość doszczętnie przepita
W naszym wspólnym nurza się ścierwie

Dziś szaleństwo ogarnęło Ruskich

Wóda płynie jak wezbrana rzeka
Harmonista z ropiejącym nosem
Pieśń o Wołdze – śpiewa, i o Czeka

Złowowróżbne błyskają spojrzenia

Hardość dzika. Podniesione głosy
Żal im tamtych zbłąkanych gówniarzy
Co życiowe potracili losy

Żal im, że październik nieczuły

Samych sobie zostawił w potrzebie
I już sroży się do pchnięć gotowy
Nóż ukryty głęboko w cholewie

Gdzie jest światło czujące wędrowca

Gdzie was szukać dalecy i bliscy
Harmonista topi w wódzie syfilis
Ślad śmiertelny po stepach kirgiskich

Tacy nie rozpieprzą się, nie rozpłyną

Choć dotknięci zuchwałą zgnilizną
Ech ty Rosjo moja, ech Rosjo
Azjatycka moja ojczyzno…


Pieśń o suce


Bladym świtem w zbożowym sąsieku

Przyszło na świat siedem szczeniątek
Rudowłosych, jak księżyc płowych
Chwil radosnych zwiastując początek

Przez dzień cały matka je pieściła

Przytulała do ciepłego ciała
Zlizywała śnieg, karmiła mlekiem
Aby świętość narodzin się stała

A wieczorem, gdy kury w kurniku

I inwentarz w oborze się schował
Przyszedł z workiem bogaty gospodarz
I szczenięta do niego wpakował

Biegła za nim oślepła z rozpaczy

Omijając zaspy i zagrody
Nie zdążyła, a przed jej oczami
Długo jeszcze drgało lustro wody

Gdy wracała ogarnięta bólem

Zaplatana w swój tragiczny wątek
Wydawało jej się, że nad chatą
Widzi jedno ze swoich szczeniątek

Kiedy skomląc skarżyła się światu

W oszalałym od smutku zaśpiewie
Cienki księżyc, miast rozświetlać drogę
Obojętnie wędrował po niebie

Tak jak kamień rzucony do miski

Gdy początek nie godzi się z końcem
W śnieg upadły łzawe oczy sucze
Jak z niebiosów gwiazdy spadające

x x x

Niewolniku rymów. Księżyc w pełni

Wiersz pijany zagląda ci w oczy
Gdy niestałość wchodzi w świt marudny
Miłość karty zaznacza z niemocy

Patrz jak łuna podstępnie się skrada

Nic nie widać, chociaż płoną oczy
Z damą pik mam napić się ochotę
A tu nagle czarny as wyskoczył