BILIŃSKA-STECYSZYN: Trzy razy “Znachor”

Fot. Domena publiczna. Na zdjęciu Leszek Lichota jako profesor Wilczur/ Antoni Kosiba w filmie “Znachor” w reż. Michała Gazdy.

W czasach szkolnej, PRL-owskiej młodości, wzrastałam w przekonaniu, że przedwojenny pisarz Tadeusz Dołęga-Mostowicz to jedynie popularny autor powieści dla masowego czytelnika i gdzie mu tam się mierzyć z prawdziwie wielkimi twórcami, zwłaszcza tymi z kanonu lektur szkolnych: Dąbrowską, Nałkowską, Iwaszkiewiczem czy Żeromskim. Choć czytałam wtedy masę książek, po powieści Dołęgi-Mostowicza nie sięgałam, bo i jaką miałam motywację? Nie musiałam, bo go nie było na liście lektur, sama też się nie garnęłam, bo skoro to pisarz drugorzędny… Zrealizowane w czasach wczesnego PRL-u filmy na podstawie jego powieści (“Nikodem Dyzma” w 1955 r. i “Pamiętnik pani Hanki” w 1963 r.) też nie mogły mnie porwać, bo po prostu, jako małe dziecko, ich nie widziałam.

Dopiero gdy nastąpił “renesans Dołęgi-Mostowicza” i w 1980 roku zobaczyłam w telewizji serial “Kariera Nikodema Dyzmy” (reż. Jan Rybkowski), z rewelacyjną rolą Romana Wilhelmiego, dotarło do mnie, że pisarz, którego książka dostarczyła tak znakomitego materiału filmowego, musiał być niezwykle utalentowanym twórcą powieściowych fabuł. I w istocie nim był! To zawistnicy przed II wojną, a po niej stalinowscy cenzorzy (aż do 1954 r.) przykleili mu łatkę sanacyjnego pisarza drugiej kategorii.

Rok później, czyli w 1981 r., zrealizowano film fabularny na podstawie innej popularnej powieści tego autora – słynnego “Znachora” (reż. Jerzy Hoffman, premiera: 12 kwietnia 1982 r.). I zaczęła się trwająca do dziś “znachoromania”!

Lecz żeby zachować ścisłość – była to już druga odsłona tej manii. Pierwsza miała miejsce w latach przedwojennych. Historię profesora Wilczura autor stworzył najpierw w postaci scenariusza filmowego. Ponieważ wytwórnie go odrzuciły, przerobił scenariusz na powieść. Ta okazała się tak poczytna, że producenci czym prędzej scenariusz zakupili i zekranizowali. Jako ciekawostkę dodam, że motyw pobicia głównego bohatera miał swoje źródło w podobnej sytuacji w życiu autora, skatowanego przez “nieznanych sprawców”, prawdopodobnie w odwecie za jego krytyczną wobec władz publicystykę.

Powieść “Znachor” i jej filmowa adaptacja ukazały się w 1937 r. Na ekranie w podwójną rolę, Beaty Wilczurowej i Marysi Wilczurówny, wcielała się uwielbiana przez wszystkich Elżbieta Barszczewska, a profesora Wilczura grał wybitny aktor teatralny i filmowy Kazimierz Junosza-Stępowski. Film w reżyserii Michała Waszyńskiego okazał się wielkim sukcesem kasowym, więc, idąc za ciosem, w kolejnych dwóch latach twórcy dokręcili jeszcze “Profesora Wilczura” i “Testament profesora Wilczura”.

Na kolejny etap “znachoromanii” trzeba było czekać, jak wspomniałam, do 1982 r. Film z główną (doskonałą!) rolą Jerzego Bińczyckiego i towarzyszącymi mu Anną Dymną i Tomaszem Stockingerem (a także w rolach drugoplanowych: Arturem Barcisiem, Bożeną Dykiel, Bernardem Ładyszem, Andrzejem Kopiczyńskim i Piotrem Fronczewskim) do dziś bije rekordy popularności. Jakże zresztą mogłoby być inaczej, skoro niemal w każde święta przypominają go różne telewizje i po raz n-ty podziwiamy szlachetność znachora-włóczęgi Antoniego Kosiby, w napięciu sekundujemy Wasylkowi, gdy po operacji nogi stawia pierwsze kroki, zachwycamy się wdziękiem i urodą Marysi Wilczurówny, niemal modląc się o jej wyzdrowienie po trepanacji czaszki dokonanej przez “znachora”, a na koniec mamy ciarki i płaczemy ze wzruszenia, gdy profesor Dobraniecki na sali sądowej rozpoznaje, kim jest oskarżony, i oznajmia głośno: “Proszę państwa! Wysoki sądzie! To jest profesor Rafał Wilczur”.

Czy w ciągu tych ponad czterdziestu lat, które upłynęły od premiery dzieła Jerzego Hoffmana, byliśmy w stanie wyobrazić sobie, że znajdą się śmiałkowie, którzy tę niemal narodową świętość zechcą zobaczyć po swojemu? Zekranizować raz jeszcze? A jednak znaleźli się i – według mnie – zrobili to całkiem udanie. Czy jednak ich wersja “Znachora” popularnością i zachwytami widzów zdoła przebić swojego wielkiego poprzednika? Obawiam się, że nie. A to z paru powodów, o których poniżej.

Najnowszy “Znachor” miał premierę pod koniec września 2023 r. Film wyreżyserował Michał Gazda. Twórcy obrazu dokonali kilku istotnych zmian w stosunku do oryginału i inaczej poustawiali akcenty. Historia profesora Wilczura w najogólniejszym zarysie jest i w tej adaptacji taka jak w poprzednich: po odejściu żony z córeczką główny bohater, do nieprzytomności pobity przez opryszków, traci pamięć i przez długie lata tuła się po świecie jako włóczęga legitymizujący się skradzionymi papierami na nazwisko Antoniego Kosiby. W końcu trafia do pewnej wsi… I tu już mamy sporo różnic, bo autorzy scenariusza (Marcin Baczyński i Michał Kuczewski) owszem, każą mu trafić do młyna, lecz nie spotkamy tu młynarza; szefową jest kobieta, Zośka – rewelacyjnie zagrana przez Annę Szymańczyk. Jak potoczy się ten wątek i czym zakończy, nietrudno się domyślić. Wprawdzie finał tej historii wydaje mi się zanadto przelukrowany, lecz wątkowi Zośki i Antoniego od pierwszych scen biłam brawo. Silna kobieta – to jest to! W dzisiejszych czasach ten akcent ma szczególną wymowę. Odważna i pewna siebie jest też Marysia Wilczurówna (przekonująco grana przez Marię Kowalską). Jest w tej adaptacji barmanką i kelnerką w żydowskiej knajpie, która potrafi dać niezły odpór umizgom hrabiego Czyńskiego (oczywiście miłość w końcu zwycięża, wszak to melodramat). Taka zadziorna Marysia, samodzielnie nie najgorzej radząca sobie w życiu (wyjeżdża nawet na studia medyczne do Warszawy), spodoba się z pewnością niejednej feministce. Czy jednak w oczach fanów poprzedniego “Znachora” jest w stanie przyćmić młodą, delikatną, prześliczną Annę Dymną? Tu też mam wątpliwości. W dodatku nie przekonuje mnie jej towarzysz, odtwórca roli młodego hrabiego. Uwspółcześniony, zawadiacki – lecz do mnie ta rola nie przemawia. Za to Leszek Lichota jako profesor Wilczur/Antoni Kosiba poradził sobie znakomicie. To bardzo dobry aktor i tym razem również tego dowiódł – a przecież niezapomniana kreacja Jerzego Bińczyckiego jest naprawdę trudna do pobicia. Doskonale wypadł w filmie także Mirosław Haniszewski w roli Dobranieckiego. To największe zaskoczenie w tej ekranizacji, bowiem dawnego współpracownika profesora Wilczura oglądamy teraz jako cynicznego karierowicza! Powiem więcej: podleca i tchórza.

Reszty nie zdradzę, sami zobaczcie ten film. Sami osądźcie, jak on się ma do swojego wielkiego poprzednika.

A może najlepiej zacząć od czytania książek Tadeusza Dołęgi-Mostowicza? Autor “Pamiętnika pani Hanki” czy “Kariery Nikodema Dyzmy” również dziś ma wielu fanów. Zdradzę, że jednym z nich jest Jarosław Hebel, redaktor naczelny MPK. “Znachora” przeczytał kilka razy, uwielbia twórczość Dołęgi-Mostowicza.

Nietrudno się temu dziwić. Autor “Znachora” również dziś, w XXI wieku, jest wciąż jednym z najpoczytniejszych polskich pisarzy. Czytajmy zatem Dołęgę-Mostowicza!

HANNA BILIŃSKA-STECYSZYN