GATNY: Do Rogera diabeł przyszedł w nocy

Fot. Pixabay.com

Roger Benelux wstał i skierował kroki do kuchni. Nie zapalał światła. Nie tylko dlatego, aby nie budzić żony. Smacznie pochrapywała, leżąc na wznak z rozrzuconymi rękami. Chciał przyzwyczaić wzrok do ciemności, a nie potrzebował przecież wiele czasu. Otworzył lodówkę, na chwilę smuga światła rozjaśniła fragment pomieszczenia. Wrzucił do ust kostkę lodu i ssał powoli. Zimno sprawiało przyjemność. Poczuł zadowolenie, bo żaden ząb nie reagował bólem. Pokręcił się jeszcze trochę, po chwili usiadł na taborecie i zaczął wpatrywać w ciemny prostokąt okna. Nasłuchiwał. Rzadko gdzieś z nieprzeniknionej czerni docierał odgłos jadącego samochodu. Było cicho. Smutku nocy nie rozpraszał najlżejszy powiew wiatru. Roger wstał, ze stojaka na noże wyjął ten o najszerszym ostrzu.

Wrócił do sypialni. Nachylił się nad Laurą, która w dalszym ciągu spała w tej samej pozycji. Pocałował żonę w czoło, ale nie zareagowała. Przystawił jej do gardła nóż i nacisnął na ostrze, jednocześnie przesuwając kilkanaście centymetrów w prawo. Nie widział, lecz poczuł zmysłami gejzer przerażenia wybuchający we wnętrznościach małżonki. Szybko zasłonił jej usta ręką. Drgała konwulsyjnie. Dopiero po upływie kilku chwil, spadających na niego jak lawina, odczuł, że prawa dłoń kobiety kurczowo zaciśnięta jest na jego pośladku. Wyprostował się i poczuł ból ścięgien i mięśni. Nóż położył na kołdrze. Jeszcze raz poszedł do kuchni. Właściwie nie musiał troszczyć się o zachowanie ciszy. Ich dom stał na uboczu niewielkiej dzielnicy, w której mieszkali zamożni mieszkańcy miasta. Właściwie usytuowany był na odludziu. Ale na górze dwupiętrowego budynku, w swoim pokoju spał syn – Dorian.

Doktor Benelux marzył o miłości, która kojarzyła mu się z wiernością i ponętnymi kształtami jednej z piosenkarek – ulubienicy dorastającego, niesfornego i czupurnego jedynaka, źródła nieprzespanych nocy, nerwicy żony i rosnących kosztów wychowania. Wprawdzie Roger Benelux czerpał niemałe korzyści z gabinetu stomatologicznego, jednak  mimo długoletniego pożycia małżeńskiego, jak również czynnego uczestnictwa w wychowaniu syna, nie zrezygnował z młodzieńczych, egoistycznych marzeń i zapatrywań. Oszczędności chciał przeznaczyć na wybudowanie własnego wesołego miasteczka. Byłoby tylko dla niego, tam pragnął spędzać wolne chwile, poznając zakamarki świata zapamiętanego z dzieciństwa, gdzie ojczym zabierał go w przypływie dobrego humoru.

Z szuflady kuchennego stołu wyjął pojemnik z gazem paraliżującym oraz korkociąg. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, gdzie znajdują się te przedmioty, ponieważ poprzedniego dnia sam włożył je do szuflady i co godzinę sprawdzał, czy leżą w wyznaczonych przez niego miejscach. Ciemności nie sprawiały już problemu. Trudna do wypowiedzenia ulga wypełniała mu umysł. Po wyłożonych miękkim chodnikiem schodach szedł czujnie jak pantera. Pojemnik schował do lewej kieszeni piżamy, korkociąg dzierżył mocno w lewej dłoni. Drzwi do pokoju jedynaka były przymknięte, ale i to przewidział. Osobiście zmusił Doriana, aby tydzień wcześniej porządnie naoliwił zawiasy w całym domu ze szczególnym uwzględnieniem własnych. Delikatnie nacisnął klamkę, nie wydała najmniejszego zgrzytu, drzwi otworzyły się bezszelestnie. Chłopak spał z głową wciśniętą w poduszkę. Roger stanął, wtem syn poruszył lekko ciałem, a głowa zmieniła pozycję. Roger uśmiechnął się, wyjął paralizator, przysunął do wylotu nosa syna i nacisnął. Młodzieniec poderwał się gwałtownie, kaszląc i sapiąc. Był kompletnie oszołomiony, zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, co się dzieje. Być może załzawionymi oczyma dostrzegł sylwetkę ojca, który trzymając w prawej ręce korkociąg, zamachnął się potężnie i ugodził syna w policzek. Ten zawył, próbując wyrwać z bolącego miejsca wrogi przedmiot. Ojciec nie pozwolił mu upaść. Wyszarpnął z policzka chłopca otwieracz i tym razem, przygniatając syna całym ciałem, ponownie wbił korkociąg całą mocą, na jaką było go stać, w krtań ofiary. Leżał na chłopaku dotąd, dopóki ten dawał jakiekolwiek oznaki życia. Minęło dobre pół godziny. Wtedy oszołomiony zapachem krwi zsunął się i leżał na dywanie, regulując oddech. Nagle wstał, zdjął piżamę, cisnął ją niedbale na tapczan i nagi zszedł na dół. Zaglądał po kolei do wszystkich pomieszczeń domu.

Jeszcze raz wszedł do kuchni. Tym razem zapalił światło. Zegar ścienny zaparował, ale Roger zdawał się tego nie dostrzegać. Nie był w stanie określić, ile czasu minęło, odkąd obudził się, aby zamordować żonę i syna. Przyrządził sobie drinka i usiadł za stołem. Na szybie okiennej zauważył odbijający się blask lampy. Roger Benelux sączył wolno palący płyn. Była to czysta wódka. Zorientował się, że po raz pierwszy w życiu smakuje mu mocny alkohol. Po kilku kolejkach na tyle czuł moc trunku, iż postanowił wrócić do łóżka. Jednak nie do sypialni. „To królestwo trupa” – pomyślał. Na ustach Rogera niespodziewanie pojawił się uśmiech. Nagle roześmiał się głośno. Potem zaczął śmiać się coraz głośniej. Wkrótce dom rozbrzmiewał śmiechem, w którym szyderstwo walczyło z triumfem. Ułożył ciało wygodnie na kanapie w salonie. Zazwyczaj sypiał tu w czasie cichych dni. Obecnie leżenie w tym pomieszczeniu sprawiało czystą przyjemność. Zasnął. Świat był nadal pogrążony w ciemnościach, a świt nie nadchodził.

Instynktownie odczuł, że oprócz niego w salonie znajduje się ktoś jeszcze. Nie otwierał oczu. Po prostu pragnął jeszcze poleżeć, czuć pod pośladkami miękkość kanapy. „Pochlałeś sobie niewąsko” – rozległ się głos nieokreślonej barwy. Świdrował mózg, nie można było odeprzeć go myślami. Rozbrzmiewał nieustannie: „Doktorek sobie poszalał, powiem szczerze, nie spodziewałem się. Odwieczny porównywał cię do Hioba i choć przekonywałem go, że takie historie są dobre na papierze, nie dawał się zbić z tropu. Ale w końcu wyszło na moje. W końcu! Gdzie masz wódkę? Musimy to oblać!”.

Roger chciał otworzyć usta, ale głos mu przerwał: „Nie mów do mnie, myśl do mnie!”. „Chciałem mieć wolną rękę w budowaniu wesołego miasteczka…”. „I bardzo dobrze! Nie wyobrażam sobie tego inaczej. Jak tylko twoje myśli dotarły do naszego centrum, od razu wysłaliśmy ekipę werbunkową, aby dopomogła w realizacji planów. Lubimy działać szybko, ale ich działania nie przynosiły przewidywanych rezultatów. Postanowiłem zająć się tą sprawą osobiście”. „O jakim ty centrum mówisz? Kim ty jesteś?”. „Ależ doktorze! Nie bądź taki niedomyślny! Nazywam się Diabeł. Centrum… Nie musisz wszystkiego wiedzieć. Powiem tylko tyle: nie wyobrażaj sobie, że ludzkie myśli wędrują bezkarnie w próżnię. Dysponujemy sprzętem, który pozwala odbierać te, które mają szansę w przyszłości wydać owoce. Im bardziej myśl, pomysł, nawet szept świadomości chorobliwy, tym nasza aparatura lepiej je wychwytuje. Gdzie mamy siedzibę? Wiadomo, w piekle. W ogóle dużo potrafimy. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak banalnie proste jest kuszenie. Wy ludzie jesteście jak domino. Wystarczy wyszukać jednego, no, może   kilku popaprańców, a są w stanie wszystko za nas załatwić. W ten sposób powstały na przykład służby bezpieczeństwa. Długo by o tym mówić. Ciebie, jestem przekonany, interesuje twoja własna historia. Posłuchaj zatem… Zaczęło się od dnia, gdy po raz pierwszy pomyślałeś o wesołym miasteczku. Tak, tak – to absolutnie nic złego… Właściwie nie lubię tego sformułowania – zły. Cóż to znaczy? Strasznie pokręciliście to pojęcie. Pomysłowy, to rozumiem… Zatem pomyślałeś również, że żona i syn przeszkadzają ci w rozwinięciu tego pomysłu. Nie chciałeś się bawić w myślach, lubisz dosłowność, namacalność, zmysłowość i emocje. My też tak lubimy. Od razu wiedzieliśmy, co się święci. Przepraszam – co się szykuje. Do ostatniej chwili nie pomyślałeś wyraziście, że chcesz ich zabić. Taka myśl nie zaistniała obiektywnie, funkcjonowała poza głównym obiegiem myślowym, stanowiła tylko znikomą warstwę, element układanki, niedopowiedzenie. Zabić ich, bo oni torpedują moje działania. Takich jak ty jest nieprzebrane mnóstwo. Żyją, realizują się społecznie. Potem znajdują kobiety, z którymi się żenią, ale czynią to bez wyraźnego entuzjazmu. Tworzą rodziny, myśląc, że to efekt głębszych przemyśleń. Nie zdają sobie sprawy, iż za taką postawą stoi przeraźliwie prozaiczny przymus. W gruncie rzeczy, lękacie się, co pomyślą o was inni. Zaczynacie odczuwać lęk przed samotnością. A nasze ekipy lub indywidualni fachowcy już przy was są. Żerują na przeciętności, na wahaniu, ale nade wszystko na zwyczajności, szaraczkowatości. I nie ma to nic wspólnego z osiągnięciami. Bo tak naprawdę osiągnięcia są wpisane w waszą egzystencję. Taka jest presja. Wspinać się. A wam się wcale nie chce. Przychodzi zmęczenie, umysł szturmują refleksje, pierwsze wątpliwości, pytania o sens wysiłków. Gdzie obiecana radość użycia? Nawet jeśli się pojawia, na krótko. Mija i staje się mitem. To musi rodzić wątpliwości. I wtedy nadchodzimy. Nie rodzimy sprzeczności i zawahań, nie kreujemy wyborów – to wasza rola, ale wtedy nadchodzimy. Jesteście masowym kąskiem, nie najłatwiejszym do skonsumowania, ale uwierz mi, są o wiele bardziej wymagający. Taśmowość przyzwyczajeń mentalnych, kanony – tu was mamy. Moja rola w tym wszystkim? Zawsze banalne pytania. Jestem wodzem. Czasami lubię popracować osobiście. Ale zestarzałem się i obecnie zachodzę do Odwiecznego. On tego nie znosi, jednak zdarza mi się namówić Go na zakład. Wierzył w ciebie, bo On ceni spokojną przeciętność, racjonalne wydatkowanie energii. Na co może liczyć w tak zeświecczonym i zmaterializowanym społeczeństwie? Trudno orzec. Zapewne na ograniczenie potencji grzeszności. Dlatego woli rozbuchany konsumpcjonizm z momentem refleksji niż fanatyzmy i skrajności. My to skwapliwie wykorzystujemy, bo pod sklepieniami czaszek tych najspokojniejszych czają się nieokiełznane twory. Odwieczny dał ludziom wolną wolę i ziemię we władanie, więc musi być honorowy – dotrzymuje słowa. Gdyby ingerował, stałby się taki jak my. Niewesoła sytuacja. Ty już jesteś stracony, więc mogę ci rzec: nie próbuj popełnić samobójstwa! I tak jesteś nasz. Lepiej zastanów się, jak utrzymać w tajemnicy zbrodnię, bo to, co cię czeka, zaczeka, a ty wolałbyś nie wiedzieć, co cię czeka. I jeszcze jedno – taki ze mnie gaduła. W literaturze szatana często kreują na cynika i ironistę. To prawda, to się zgadza. Do zobaczenia, Roger”.

* * *

– Nie mogę Pani powiedzieć, kiedy małżonek wyjdzie ze śpiączki. To może stać się za chwilę, ale równie dobrze potrwać miesiące, lata… Przykro mi, lecz medycyna wciąż pozostaje bezradna…

Laura Benelux bezradnie zwiesiła głowę. Wiadomość o wypadku przygniotła ją. Pozostało zatem wyczerpujące oczekiwanie. W kącie sali stał Dorian. Jego twarz nie wyrażała emocji. Patrzył na ojca podłączonego do skomplikowanej aparatury. „A gdyby go odłączyć…” – kwant myśli nie zdążył rozbłysnąć. Spojrzał na zegar ścienny, szkło było zaparowane.

Laura Benelux cieszyła się, bo los okazał się łaskawy. W miesiąc po wypadku Roger odzyskał świadomość. Niedługo potem opuścił szpital.

* * *

Telewizja, dzienniki podawały wiadomość: Światło dzienne ujrzała makabryczna zbrodnia dokonana przed laty. Roger Benelux – znany stomatolog z niewyjaśnionych powodów zamordował żonę i syna. Policja wyjaśnia okoliczności przerażającego mordu…

RAFAŁ GATNY