BILIŃSKA-STECYSZYN: Dziecko szczęścia

“Dzisiaj piszą wszyscy”. Zwłaszcza celebryci. Zjawisko to staje się coraz powszechniejsze, choć niekoniecznie powszechna jest aprobata dla niego. Lecz właściwie… cóż w tym złego? Życie każdego człowieka, choć to truizm, jest materiałem na co najmniej jedną książkę. Z upływem lat coraz silniejszą ma się potrzebę utrwalenia tego życia dla potomnych. Zwłaszcza gdy było lub wciąż jest barwne, obfitujące w masę niezwykłych zdarzeń, często zabawnych, tragicznych lub… bulwersujących. Jedni te biografie czytają z wypiekami na policzkach, innych żenują. Że to się sprzedaje? Ależ czemu nie? To czytelnik ma wybór, czy chce zajrzeć na czyjeś podwórko, czy od razu wie, że nie ma tam czego szukać.

Mnie do świata swoich wspomnień zaprosił właśnie Stefan Friedmann. Aktor filmowy, teatralny, estradowy i radiowy (dla starszego pokolenia Gienek z “Matysiaków”, dla ciut młodszego, jak moje, niezapomniany bohater programów radiowej Trójki). Kabareciarz, autor wielu zabawnych tekstów. Felietonista, scenarzysta i reżyser. Jego autobiografia “70 lat mojego dzieciństwa, czyli niech pan powie coś wesołego” to błyskotliwy zbiór anegdot i wyimków z prywatnego i artystycznego, przebogatego życiorysu. A ponieważ autor, jak twierdzi, najbardziej lubi przełamywać powagę, te urocze historyjki skrzą się humorem, są lekkie jak lody z bitą śmietaną. Lektura w sam raz na letnie upały.

Urodził się w czepku, a to, jak wiadomo, wróżba szczęśliwego życia. Oczywiście temu szczęściu – postawą sowizdrzała – należy dopomóc. Aczkolwiek nadmiar sowizdrzalstwa przynosi czasem efekt przeciwny od zamierzonego. Na przykład gdy na poważnym egzaminie młody Stefan, kandydat na aktora z dyplomem, poproszony, by prócz zaprezentowanego tekstu powiedział też coś wesołego, wypalił bez namysłu: “Wesołego Alleluja”. Komisja uznała, że naraził tym na szwank powagę uczelni, i nie przyjęto go do szkoły teatralnej.

Zagrał wiele ról filmowych (debiutował już jako dziecko w “Godzinach nadziei”) i serialowych; komediowych, ale i tzw. poważnych (np. w “Rannym w lesie”). Dla mnie jednak Stefan Friedmann to przede wszystkim humorysta (nie satyryk! – wyraźnie rozgranicza te gatunki). Jestem z pokolenia, które w latach 70. dojrzewało wraz z radiową Trójką i tam w każdy piątek słuchało programów ITR, a potem IMA. W nich – fantastycznych “Dialogów na cztery nogi” autorstwa Jonasza Kofty i Stefana Friedmanna, potem “Fachowców”. W późniejszych zaś latach fascynacją tekstami Friedmanna zaraziliśmy naszych synów, słuchając namiętnie kasety “Cienki Bolek”. Te piosenki to były perełki obyczajowe – o faceciku, który nocami przebiera się za Batmana, o chojraku, który się stawia, gdy go nie chcą wpuścić do Smakosza, o mężczyźnie w delegacji, który  “wyszalał się jak pies w studni” – czy wzruszająca historia miłości do dziewczyny ze zmywaka w barze mlecznym. Do dziś w domowym języku stosujemy cytaty z tych audycji i piosenek. “No i po co se mamy te krzywe kluchy robić?”, “Jaką teczkę-ś ty miał?”, “Za wór i na dwór buraka”, “Myślicie, że mam trzy rąki? […] Fartuch oddaj, fartuch!” i przede wszystkim “Docent, nie teoretyzuj”.

Stefan Friedmann uważa siebie za dziecko szczęścia: “Całe życie […] miałem fart. Zawsze mi się udawało, żebym nie wiem jaką głupotę wymyślił i w jeszcze gorszą się wpakował. Lądowałem jak kot na czterech łapach”. Owo “w czepku urodzenie” i poczucie humoru zdeterminowały jego nastawienie do świata. Zaowocowały wspaniałą rodziną i wieloma przyjaźniami. Sprawiły, że autor “Siedemdziesięciu lat…”, metrykalnie przecież jeszcze starszy, wciąż czuje się dzieckiem. Ocalić w sobie dziecko i pogodę ducha – to jego przepis na udane życie.

Książka, pięknie wydana i bogato ilustrowana fotografiami, to spore tomiszcze, lecz bez obaw! Czyta się ją lekko, łatwo i przyjemnie. Polecam z całego serca jako lekturę na czas letniej kanikuły. Zwłaszcza czytelnikom, którzy pamiętają “tamte czasy”.

HANNA BILIŃSKA-STECYSZYN


Stefan Friedmann, “70 lat mojego dzieciństwa, czyli niech pan powie coś wesołego”, Prószyński Media Sp. z o.o., Warszawa 2023.