HEBEL: O Hłasce, teatrze i miłości

Fot. Domena publiczna. Na zdjęciu Marek Hłasko.

Nie mogę patrzeć na nadęte, bogoojczyźniane mordy… Za każdym razem, kiedy w serwisach informacyjnych pokazują polityków, którzy zachowują się jakby pozjadali wszystkie rozumy, skręca mnie i zbiera mi się na wymioty. Na partyjnych sztandarach mają wypisany “patriotyzm” (odmieniany przez wszelkie możliwe przypadki), ale… pod warunkiem, że wcześniej oczywiście ich kiesy będą pełne. No bo nie inaczej…

Nie ukrywam, że w kontekście polityki zawsze ujmują mnie słowa przypisywane Charlesowi Bukowskiemu: “Wybierać między Nixonem a Johnsonem, to jak określać różnicę między ciepłym a zimnym gównem”[1]. Chyba bardziej efektownie od polityki odciął się Marek Hłasko, który w jednym z wywiadów z typowym dystansem powiedział: “Pożyczyłem kiedyś tysiąc złotych od członka partii i nigdy mu ich nie oddałem… Tyle miałem do czynienia z polityką…”[2].

*

Stwierdzam, że coraz bardziej konserwatywnieję. To już nie jest ten czas, kiedy miałem naście lat i pragnąłem wywrócić cały świat do góry nogami. Gdy jestem już starszym panem, za jakiego na poważnie uważam się od prawie dwóch miesięcy, zaczynam doceniać w kulturze to, co jest dorobkiem minionych pokoleń. Nie jest tajemnicą, że uchodzę za wielkiego miłośnika teatru tradycyjnego – wcieleniowego, bez jakichkolwiek nowoczesnych udziwnień – efektów audiowizualnych czy innych elementów obecnych np. w spektaklach Łukasza Twarkowskiego.

Podobnie rzecz wygląda z literaturą – bardziej cenię klasykę niż obecnie modne, popularne pisanie dla mało wymagających odbiorców. Żyjemy bowiem w nieciekawych czasach, kiedy rekordziści piszą na ilość… (sic!) Na przykład taki Remigiusz Mróz, czy też Blanka Lipińska. No i – może jeszcze Karolina Świst. Jeżeli mam być do bólu szczery – szkoda czasu na czytanie książki, której treść przelatuje przez czytelnika i zupełnie nic z niej nie pozostaje. Gdzieś kiedyś usłyszałem, z czym nie da się nie zgodzić, że dobra książka powinna czytającego porządnie “kopnąć w mózg”. Z żyjących pisarzy tak potrafi pisać tylko Szczepan Twardoch, z którym nie we wszystkim się zgadzam, ale którego uwielbiam czytać. Jego “Król” (wystawiany na deskach Teatru Polskiego w Warszawie), a także “Byk” (wystawiany w Teatrze Studio), to utwory kultowe, które zapiszą się w historii polskiej literatury. Dlaczego jednak we współczesnych nam czasach nieporównywalnie większe zapotrzebowanie jest na tzw. literaturę niską niż wysoką?  

*

Twierdzę, że od czasów Marka Hłaski nie mieliśmy pisarza równie utalentowanego. Jego pisanie było bardzo efektowane, dzięki czemu trafiało w najczulszy punkt każdego z czytelników. To Hłasko potrafił m.in. napisać: “W sobotę miasto traci swoją pracowitą twarz – w sobotę miasto ma pijaną mordę”[3]. Albo też – “To dobrze, że masz nadzieję. Ja jej nie mam. Nie wierzę, żeby w tym piekle była jakaś furtka. Zaczynałem tak samo jak tamten chłopak. Miłość, zdrada i takie różne gówna…”[4]. 

Hłasko bardzo różnie pisał o kobietach. Myślę, że dzisiejsze feministki mogłyby mu tego nie wybaczyć i raczej żywcem by go rozszarpały. Było to jednak w pełni świadome przybieranie pozy mizogina, także alkoholika, którym – jak twierdził sam Jerzy Giedroyć – Marek nie był. Podobnie, jak nie był też antykobiecy, o czym świadczy całe jego życie, w którym poszukiwał ciepłego kobiecego serca. Nie miał jednak szczęścia w miłości, o której pięknie potrafił pisać w opowiadaniu “Pamiętasz, Wanda”: “Może nawet sama się nie domyślasz, gdy tak idziesz koło mnie w swojej powiewnej sukieneczce, machając zerwaną gałązką. Nie, nie możesz się domyślać, jak bardzo Cię kocham. Ciebie, Twoje włosy, kiść bzu w Twojej ręce. Czuję łagodne ciepło Twojego ramienia, przytulam policzek do Twoich jasnych, miękkich włosów, chłonę nozdrzami ich delikatny, cierpki zapach, w milczeniu ściskam Twoją małą dłoń. Kochamy się, jest nas dwoje, a przecież tworzymy jednego człowieka, myślimy razem, czujemy razem: jest nam dobrze”[5]. Za swojego życia Marek Hłasko nie zdecydował się na opublikowanie tego opowiadania, które uważał za niezbyt udane. Powiedzmy jednak, że w tym tekście uderza przede wszystkim brak pozy i dogłębna szczerość młodego chłopaka.

*

Patrzę na regał z książkami, które leżą na nim w moim pokoju. Są pośród nich takie, które czytałem kilka razy. Należy do nich zarówno “Znachor” Dołęgi-Mostowicza, jak i “Wierna rzeka” Żeromskiego. Już nie wspominam o “Lalce” Prusa, najdoskonalszej polskiej powieści. We wszystkich wymienionych utworach patrzymy na obraz kobiety oczami ich twórców. Można wzdychać do cukierkowej Marysi Wilczurówny, czy wzruszać się bezinteresowną postawą i dobrocią Salomei Brynickiej. Są to jednak bohaterki papierowe, jakich na próżno można by szukać w prawdziwym życiu. Co innego Izabela Łęcka, która pokazała swoje prawdziwe oblicze w pociągu relacji Warszawa–Kraków. Gdyby mogła, oddałaby się wtedy kuzynowi Starskiemu i nie skończyłoby się tylko na umizgiwaniach o charakterze erotycznym w obecności udającego śpiącego Wokulskiego, do którego majątku przecież wzdychała.

Mam wielki sentyment do powieści, których autorem jest Erich Maria Remarque. Czytałem chyba wszystkie jego dzieła, które zostały przetłumaczone na język polski i z dekadę temu wydane przez poznańskie Wydawnictwo Rebis. Dzisiaj chyba nikt już tak nie pisze… jak pisał Remarque, o którym gdzieś kiedyś przeczytałem, że był “ostatnim piszącym romantykiem”.

Bardzo zapadła mi w serce piosenka wykonywana przez Katarzynę Jamróz “Bohaterowie Remarque`a”, która została napisana przez Wojciecha Młynarskiego do muzyki Jerzego Wasowskiego. Szczególnie pobrzmiewają w mojej pamięci słowa: “Niestety, trochę przesadził pan,/ panie autorze kochany,/ być może na Zachodzie bez zmian,/ u nas ostatnio są zmiany./ Znikli mężczyźni, co mieli gest,/ znikły kobiety kobiece,/ dzisiaj zaletą przeciętność jest,/ a reszta w bibliotece…”[6]. Myślę, że tak to chyba dzisiaj wygląda…

*

W spektaklu “Gdybym cię nie poznał” w reż. Jarosława Tumidajskiego Eduardo Marina (w tej roli znakomity Mateusz Król) w jednej ze scen mówi, że ludzie w swoim postępowaniu kierują się przede wszystkim strachem. Dlatego niektórzy z nich tkwią w nieudanych związkach. Działa to jednak i w drugą stronę – bywają tacy, którzy z powodu lęku nie wchodzą w żadne związki. Wniosek niby jest prosty – warto żyć – nieważne, czy pod górkę, czy z górki… Po prostu należy żyć i nie bać się podejmowania decyzji! Jednak przede wszystkim żyć uczciwie względem siebie i innych – nie jak Łęcka, która czarowała Wokulskiego w strachu przed potencjalną możliwością znalezienia się w biedzie.

“Gdybym cię nie poznał” na pewno warto zobaczyć – choćby z uwagi na urzekający wokal Katarzyny Dąbrowskiej, która śpiewa: “You Don’t Know Me”, “Night and Day” czy “As Time Goes By”. Spektakl widziałem już sześć razy (wybieram się siódmy raz!) i ciągle mi mało, mało i mało… Lepiej zrealizowanego kameralnego przedstawienia chyba długo nie zobaczę… W tym spektaklu wszystko gra – wszystko jest na swoim miejscu! Jak napisała Katja Tomczyk: “[…] spektakl »Gdybym cię nie poznał« poruszył mnie do łez. Długo po wyjściu z teatru nie potrafiłam opanować wzruszenia. Jednak historia napisana przez Belbela, a wyreżyserowana przez Tumidajskiego nie byłaby tak wyjątkowa, gdyby nie aktorzy wcielający się w czwórkę bohaterów”[7].

*

Skądinąd jednak to bardzo porywa czytelników lub widzów, kiedy przeciwko parze zakochanych jest całe otoczenie. Mamy na przykład taką scenę w “Ósmym dniu tygodnia” Hłaski, gdzie główni bohaterowie nie mają miejsca na fizyczne spełnienie swojej miłości. To pragnienie bycia razem jest tak silne, że główny bohater w końcu wypowiada niezwykle znamienne i bardzo ujmujące słowa: “Być z tobą przez tydzień; dzień i noc razem, a potem mógłbym chyba umrzeć. To straszne; każdy dzień, kiedy jestem bez ciebie, jest ukradziony z mego życia”[8].

W innym opowiadaniu Hłaski “Pętla” była partnerka głównego bohatera Kuby Kowalskiego wyznaje mu, że kiedyś go kochała, na co on odpowiada: “Milczałaś wtedy. Gdybyś powiedziała choć jedno słowo, wszystko byłoby inaczej”[9]. Widzimy więc, jak jedno słowo (albo jego brak) czasami potrafi wszystko zmienić. Mówiąc inaczej – jest w stanie zaważyć na ludzkim życiu.

*

Ale już dosyć o Hłasce, który sam na zabój kochał się w Hance Golde, pięknej, inteligentnej dziennikarce o kruczoczarnych włosach. W “Pięknych dwudziestoletnich” napisał o niej: “ja sam kochałem się w życiu tylko jeden raz; było to jedenaście lat temu i potem nigdy już nie kochałem nikogo ani przez minutę; mimo iż bezustannie starałem się stworzyć sobie złudzenia”[10].

Można by pytać, czy warto żyć w świecie fikcji i stwarzać sobie złudzenia, które dają namiastkę szczęścia? Wiem jedno – na pewno nie warto babrać się w polityce! Nic w tej kwestii nie zmieniło się od czasów Hłaski, który słusznie twierdził: “Polityka stała się okropnością, którą przestaje rozumieć zwyczajny człowiek. Jedynym uczuciem, które w zwyczajnym człowieku wzbudzają te wszystkie historie, jest uczucie obłędnego przerażenia, to jedyna reakcja”[11].

JAROSŁAW HEBEL

 


PRZYPISY:

[1] Cyt. za: “Charles Bukowski”, https://last.fm [dostęp z dnia: brak daty dostępu].
[2] Marek Hłasko w wywiadzie dla “L`Express”, “Krzyk młodego Polaka”, w: “Hłasko nieznany”, Krajowa Agencja Wydawnicza, Kraków 1991, s. 206.
[3] Marek Hłasko, “Pierwszy krok w chmurach”, w: “Pierwszy krok w chmurach. Opowiadania”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa, 2019, s. 160.
[4] Marek Hłasko, “Pętla”, w: dz. cyt., s. 241.
[5] Marek Hłasko, “Pamiętasz, Wanda”, w: “Hłasko nieznany”, dz. cyt., s. 43.
[6] “Bohaterowie Remarque`a”, https://youtube.com [dostęp z dnia: 7.01.2019].
[7] Katja Tomczyk, “Nagrody pocieszenia”, https://mojaprzestrzenkultury.pl.
[8] Marek Hłasko, “Ósmy dzień tygodnia”, w: “Ósmy dzień tygodnia”/ “Cmentarze”, Wydawnictwo Da Capo, Warszawa 1994, s. 33-34.
[9] Marek Hłasko, “Pętla”, w: “Pierwszy krok w chmurach. Opowiadania”, dz. cyt., s. 217.
[10] Marek Hłasko, “Piękni dwudziestoletni”, Agora S.A., Warszawa 2014, s. 112.
[11] Marek Hłasko, “Umarli są wśród nas”, w: “Szukając gwiazd i inne opowiadania”, dz. cyt., s. 152-153.