STOJAK: Kawa u Jana Kasprowicza

Fot. Mirosława Stojak

Wokół domu rosły tulipany, czerwone jak lak. Wynurzały się zza kamieni, porozrzucanych na małym klombie. Wychylały się do słońca, którego niewiele jeszcze było. Skryte za chmurami, wyglądało jakże nieśmiało.

Lunął deszcz, który pachniał górami. Był młody i siarczysty. Skrapiał moje włosy jak tulipany w kolorze laku…, moje usta spragnione pocałunków… A Ty, nieobecny, choć jakby siedzący w swoim pokoju, zaparzyłeś czarnej kawy. Kawy, która nurzała się w Twojej poezji, nasączała ją zmysłowością i powabem… Niczym kruche ciasteczka rozpływała się w ustach.

Willa Harenda tonęła jakby we łzach, pachniała starym drewnem i starymi książkami. Tęskniła za Tobą, za Twoją wrażliwością i blaskiem. Pachniała Tobą i Marusią… Deszcz kapał, o parapet uderzały wielkie krople, przywołując wspomnienie człowieka, który kochał tak mocno… Kochał, kochał, kochał…

Siedząc przy stole nakrytym haftowanym obrusem i popijając kawę, spoglądałam w okno. Zza świeżych firanek wynurzał się świat, Twoje ukochane góry, Twoje ukochane miasto. Wiatr niczym kościelne organy przygrywał w takt szemrzących gałązek świerków… Grały wiejskie harmonijki w ustach wiejskich chłopaków. A Ty pośród nich, wrażliwy, wyciszony, widzący więcej i piękniej… I ta cisza, najcichsza ze wszystkich. Bez Ciebie i dla Ciebie… Cisza, która rodzi wspomnienia i koi ból…

Potem spojrzałam na obraz Marusi i zobaczyłam głębię jej diamentowych oczu. Świecą ciągle błękitem bladoróżowych gwiazd, kamieniami z głębi ziemi – szlachetnymi, niepospolitymi. Ach, Marusia.

Ech, piszczałki, wydobywające dźwięki podobne do gry na liściu czy tataraku znad jeziora. Przygrywajcie jeszcze – przed snem i na obudzenie.

A w pokoju meble jak wtedy, gdy tu żyłeś życiem człowieka poczciwego. I książki, choć zakurzone, to czyste i wonne, przepełnione słodkim likierem Młodej Polski. Te, bez których nie da się żyć. I przyjaźnie – dozgonne, drogocenne i niezniszczalne. Te, których zawsze brak, gdy nadchodzi zmierzch…

A we wsi tylko księżyc świeci. Tylko on rozjaśnia noc, pachnącą maciejką i miętą. Tę, która ugłaszcze Twoje strudzone ręce i obolałe plecy. Noc dzielącą ciemnością i gwiazdami po równo, po kawałku i po całości… Szemrzącą wierzbami, obudzoną rechotaniem żab…

To była najlepsza kawa z milionów wypitych kaw. Atmosferyczna w atmosferze liryki. Liryczna w otuleniu i uwielbieniu poezji. Eteryczna jak migdały wiosenną porą. Najbardziejsza. Kawa z Tobą…

MIROSŁAWA STOJAK